środa, 22 grudnia 2010

pRzYpAdKiEm przeczytane 16

Od ostatniego wpisu w tej rubryce minęło 9 miesięcy. Ciąża była długa, ale w najbliższym czasie zaowocuje kilkoma „szkicami” recenzji.

Myślę, co napisać o Cages McKeana, ale tak naprawdę póki co nie wiem jak ugryźć tę cegłę. Miejscami jest ciekawie, miejscami niezrozumiale i wygląda na to, że autor pogubił się w tym, co chciał przekazać. Przynajmniej po jednej lekturze odniosłem takie wrażenie. Tytuł Cages obił mi się o uszy tyle razy, raczej w pozytywnym kontekście, że nie wiem, czy powinienem krytykować? Muszę przyznać, że z wieloma komiksami sygnowanymi nazwiskiem McKeana mam podobny problem, bo albo ich nie zrozumiałem (co mogą sugerować zachwyty innych), albo dostrzegam w nich rzeczywisty przerost formy nad treścią. W podobny sposób nie przekonuje mnie komiksowy Gaiman, poza Sandmanem i Morderstwami i tajemnicami. A zatem, może lepiej przeczytać Cages raz jeszcze?

Zdecydowanie mniej wątpliwości mam przy kolejnym komiksie z Batmanem w wykonaniu duetu Jones/Moench, bo Unseen według mnie w swojej kategorii niczego nie udaje. Przy tej okazji słów kilka też postaram się napisać o innych Batmanach rysowanych przez Kelleya Jonesa, a osobno o poleconym mi do przeczytania już sporo czasu temu Batman: detective #27.

Jako echo wakacyjnego pobytu w Birmingham będą dwie rzeczy: Watchmen: the Complete Motion Comic i Umbrella Academy 1&2 (drugi tom dokupiłem niedawno i zbieram się do czytania całości; mtz mówi, że bardzo fajne). W zasadzie w rubryce B’ham Special pojawiły się już dwa wpisy (Jason i Pekar), które kwalifikują się do rubryki pRzYpAdKiEm przeczytane, a zatem niniejsza notka mogłaby mieć w tytule numerek „18”. To tyle tytułem wstępu, bo meritum dzisiejszego wpisu stanowi kilka refleksji o komiksie

Pixu: the Mark of Evil (Bá, Cloonan, Lolos, Moon)



Ta czwórka autorów spotkała się już przy okazji antologii 5, która w 2008 roku zgarnęła nagrodę Eisnera (piątym autorem w tej antologii był Rafael Grampá). Współpraca spodobała im się na tyle, że postanowili kontynuować komiksową przygodę w takim układzie towarzyskim. Tym razem za gatunek obrali sobie horror. Posunięcie moim zdaniem dosyć ryzykowne, bo osiągnięcie parametrów horroru środkami komiksowymi, czy książkowymi, do łatwych nie należy. Prawda, Joey z Przyjaciół bał się książki Lśnienie i zamykał ją w zamrażarce, ale to była wrażliwa dusza. Prawda, Żywe Trupy potrafią nastraszyć. Są to jednak według mnie wyjątki. Być może horrory straszą tak naprawdę tylko dzieci, a dla starszych są pokręconą rozrywką?

Definicji horroru jest zapewne tyle, ile typów ludzi, albo przynajmniej tyle, ile fobii jesteśmy w stanie wytworzyć. Tyle, ile niedopowiedzenia i niejasności potrafią nam namieszać w głowie. Bać można się tak wielu rzeczy, że daje to autorom pole do popisu niemalże nieograniczone. Muszę przyznać, że podczas zeszłorocznego prywatnego festiwalu horroru były momenty, w których faktycznie się bałem. Podobnie mam przy niektórych strasznych opowieściach, w klimatycznych aranżacjach zespołu Ghoultown, ale już np. Misfits posługują się zupełnie inną estetyką. Mogą szokować swoimi tekstami, ale forma muzyczna w połączeniu ze słowami raczej nie straszy. Jeśli chodzi o fobie, to mnie na przykład najbardziej przeraża zamknięta przestrzeń, mała przestrzeń podczas zamykania się w skrzyni łóżka, czy przeciskania przez wąskie korytarzyki jaskiń. Dlatego bardzo mnie zmaltretował film Descent, w obu odsłonach.

Co ma do dyspozycji komiks, żeby straszyć? Przede wszystkim oczywiście stronę wizualną. Mogą walać się flaki, można rozkładać „straszaki” w taki sposób, żeby atakowały po przerzuceniu strony, można posługiwać się rysunkiem niejednoznacznym, można nie dopowiadać na poziomie obrazu i tekstu. Jak to zatem jest z Pixu?

Według tylnej okładki, zaczyna się od nasionka, które rośnie. Na ścianach domu, na oknach, w drzwiach, pojawia się znak. Coś zaczyna atakować świadomość piątki lokatorów, prowadząc oczywiście do zgonów. Z jednej strony pomysł na nawiedzony dom może wydawać się mało oryginalny, bo przecież od drugiej połowy lat siedemdziesiątych XX wieku powstawały i filmy, i książki o Amytiville (oryginalnie na podstawie książki Jay’a Ansona z 1977 roku), czyli o nawiedzonym domu. Otwierające się szafki, warcząca pralka i kosiarka do trawy, która zabija? Można i tak, były przecież także krwiożercze samochody i motory. Z drugiej strony, strach w Pixu kryje się według mnie gdzieś indziej. Dom jest nawiedzony, ale zła siła materializuje się, jest namacalna i popycha do obłędu, do uzewnętrzniania zła, które w człowieku drzemie. W Amytiville dom był mechaniczną pułapką, w Pixu jest sceną psychicznej manipulacji. Przerażające jest to, że nie wiemy skąd, przez kogo i po co ta manipulacja się odbywa. Być może nie ma jakiegoś określonego celu? Pixu, według notki na początku komiksu, to „the mark of evil that forecasts imminent death”. Hmm, w zasadzie też nic nowego, prawda? Były kasety video, tajemnicze telefony, etc., a wszystko w tej właśnie funkcji ostrzegawczej. Tylko że w Pixu nie chodzi o ostrzeganie, a raczej o przypieczętowanie. Nie ma odwołania od śmierci, bo fenomen nie jest badany i nie ma prób rozpracowania zła. Między głównymi bohaterami komiksu brak połączenia. A zatem w pewien sposób Pixu albo odświeża formułę tajemniczego zła, albo czerpie z najlepszych elementów już istniejących. Ostateczny osąd pozostawiam tym, którzy tematykę horrorowych strategii mają zgłębioną lepiej, niż ja. Mi się pomysł wyjściowy podoba i przekonuje mnie w tej konwencji niedopowiedzeń.

Właśnie, niedopowiedzenie. Taki jest mechanizm tego komiksu i niestety może on działać tak na plus, jak i na minus. O historii nie powiedziałbym, że jest zakręcona, jest po prostu niejasna. Oczywiście odczytuję to, jako zamiar autorów, a nie ich niedostatki scenariuszowe i warsztatowe. Rysunek spełnia tu rolę „zmyłki”. Fragmentaryczność ma wprowadzać niepokój, potęgować niejasności. Czego nie mówi się słowem, kadry nie mają obowiązku dopowiadać. Dla jednych będzie to wadą komiksu, dla innych jego największą wartością. Ja mam wątpliwości, bo albo nadinterpretuję metodę twórczą, albo trafiam w sedno.

Ocena tego komiksu to rzecz gustu: czego szukamy i czego oczekujemy? W jakim celu czytamy? Kilka rzeczy jednak można stwierdzić obiektywnie: psychiczne maltretowanie głównych bohaterów nie do końca maltretuje czytelnika, a przynajmniej nie robi tego w taki sam sposób; elementy zaskoczenia, wynikające z formy opowieści, są dobrze rozłożone i wyrywają czytelnika z zaczytania w odpowiednich odstępach; niepewność co do tego, co widzimy, może wywoływać uczucie niepokoju.

Wrażenia ogólne po lekturze mam pozytywne, o ile horror może pozytywnie na kogoś działać. Nie jestem jednak do końca przekonany, czy w niedopowiedzeniach autorzy nie posunęli się trochę za daleko, zakończenie wszak jest bardzo otwarte, nawet nie stara się niczego zasugerować, albo zamknąć w jakąś ramę. To taka forma otwarta, która może zapowiadać Pixu 2, a przecież sequele w horrorach to najbardziej przewidywalna rzecz.

qba- the impossible mark of evil

niedziela, 12 grudnia 2010

sobota, 4 grudnia 2010

Komiks tu, komiks tam: spacerem napotkane

Chodzę po mieście całkiem sporo, zwłaszcza od kiedy pogoda zrobiła się nierowerowa. Roweru do przemieszczania się po mieście brakuje mi bardzo, ale ani nie kupiłem sobie przez całą jesień błotników, ani mój bicykl do jazdy po śniegu nie jest dostosowany. No i chyba jednak warto dać odpocząć kolanom do wiosny. W sumie deska i tak je nadwyręży dosyć mocno. Zanim w końcu przegrałem z pogodą i kupiłem sobie bilet miesięczny (a zakup normalnego biletu długo przemyśliwałem, 78 złociszów...), łaziłem, jeździłem na gapę, albo na czasówkach. Takie chodzenie pozwala poznać miasto z zupełnie innej strony.



To zdjęcie powyżej zrobiłem jeszcze we wrześniu, wracając rowerem z meczu. Aparatu nie noszę codziennie, ale za to od kiedy mam aparat w telefonie, to i sytuacyjne fotki można czasami strzelić. Zgadniecie, co mnie zauroczyło w tym bilbordzie? A no to, że na reklamie muzeum (!) pojawiają się bohaterowie komiksowi. Ciężko powiedzieć, czy tylko jako element "śmieciowo" związany ze sztuką (na popartowej zasadzie, czy w poetyce obiektu znalezionego, tudzież wynikiem innych tego typu zabaw formalnych), czy też z uznaniem dla komiksu, jako gatunku. Dawno już nie trafiłem w prasie na bezsensowne szafowanie komiksowymi określeniami w celu uzyskania retoryki krytykującej jakieś zjawisko, ale udało mi się za to w przestrzeni miejskiej odnaleźć taki element, który mi skojarzył się z nie dyskryminującym podejściem do historyjek obrazkowych. Ucieszyło mnie to znalezisko niezmiernie w momencie spotkania, a teraz, po kilku miesiącach, intryguje mnie to, jakie intencje miał tak naprawdę autor reklamy? Może dowiemy się tego w 2012 roku? Byle nie w czasie mistrzostw, bo może zginąć w szumie medialnym.



Z kolei ta fotka, to efekt mojego poświęcenia. Maszerowałem sobie w zimny środowy poranek do pracy, na zajęcia o ósmej rano. Swoją ulubiona trasą, przez Foksal, potem w okolicach kiedyś kina Skarpa, przez skwerek przy Akademii Muzycznej i kładką nad Tamką. A tu przy Muzeum Chhopinowskim widzę taki malunek. Pierwsze, co przykuło moją uwagę, to był gawronkiewiczowy poeta, dopiero potem rozmiar "ścianala". Mechanicznie, jak rasowy fotoreporter, sięgnąłem, mimo trzaskającego mrozu (chyba minus 15), do kieszeni i pyknąłem fotkę. Możecie teraz się pobawić w "znajdź osiem komiksowych szczegółów". A tak na serio, ktoś wie, bo ja nie wiem, kiedy to cudo powstało i kto jest autorem?

qba- the "jak zwykle nie mam czasu na nic"