środa, 31 grudnia 2008

Nowego pRzYpAdKoWeGo roku!



Bawcie się dobrze, a w Nowym Roku niech pozytywny pRzYpAdEk rządzi Waszym życiem osobistym i komiksowym, a takie fajne kalendarze co by Nam odmierzały czas. Najlepszego! Telepatycznie pijcie, palcie i bawcie się z tymi, z którymi nie będziecie mogli na żywo.

qbaaaaarghhh!!!

pssst! i oby jak najrzadziej towarzyszyło Wam to hasło:

sobota, 27 grudnia 2008

Świetliki 06

by qba



by lufka:



qba/autor

piątek, 19 grudnia 2008

pRzYpAdKoWe gadżety 02: Garfieldove


No tak. Święta za pasem, czas upominków, refleksji etc. Pomyślałem sobie, że coś o potencjalnych prezentach by można skrobnąć. O gadżetach. Bo na refleksję mnie nie stać w tej chwili. To luksus, na który sobie nie pozwolę.

Nie panuję już nad tym ile różnych rzeczy z Garfieldem posiadam w kolekcji, ale myślę, że to na tyle fajny kot, że ktoś by go chciał w jakiejś wersji znaleźć pod choinką. Oto moje propozycje.

Koszulkę znacie już z wpisu o gadżetach batmanowych. Nie mam pojęcia ile ma lat, ale została wykonana w domu z prasowanki. Najpierw zszedł kolor z koszulki, potem z prasowanki, a na koniec wzór zaczął pękać. Ale i tak jeszcze noszę ten tiszert. Ma już nawet dziurki gdzieniegdzie.



Zegar został upolowany podczas wakacji w Słowenii w 2006 roku (a swoją drogą polecam ten kraj, jest przepiękny). Krótki spacer po Ljubljanie i ten kot tak na mnie spojrzał, że musiałem go przygarnąć. Wydaje mi się, że z tej samej serii pochodzi Garfield-telefon stacjonarny, który kiedyś widziałem u kolegi w domu. Ogon robi tam za słuchawkę :lol:. Z zegarem natomiast jest tak, że bateria zarządzająca jego ogonem szybko się wyczerpuje, a oczy potrafią zdenerwować (ruszają się jednostajnie-hipnotycznie). No ale nie mnie.



Aniołek i Diabełek czyli nierozłączne breloczki zakupione w Runchu. Uwielbiam je.



Kredki… Może w dobie powszechnej technologizacji/digitalizacji warto dzieciakom kupować właśnie kredki zamiast tabletów… Dziecko-ja czasami coś tymi kredkami maluje.





Znaczek. Miłosny Garfield. Świetnie się prezentuje na tiszercie z czaszką pogromcy. Chyba upolowałem go na stacji kolejowej Roma-Areeiro w Lizbonie. Zresztą tam było więcej fajnych komiksowych znaczków.



Jeden kubek z Garfem. Po jakiejś podróży wrócił w kawałkach i teraz służy już tylko do stania, a nie do popijania. Drugi za to jest w ciągłym użyciu. Czasami jego białe wnętrze staje się czarne. Chyba tylko alkoholu jeszcze z niego nie piłem.





A to jest superhiroł. Słodki, że aż zęby bolą. Miś Garfa, który uwielbia czytać komiksy i oglądać horrory. Nie boi się latać samolotem, nie lubi zostawać sam.



Piórniczek. Na kredki i inne tajemnice.



Zużyty trochę portfel. Przeżył już tyle koncertów i jedną próbę kradzieży. Nie dał się. Jeśli kupicie coś takiego komuś w prezencie, to pamiętajcie, że do środka trzeba włożyć kocią sierść sztuk jeden i grosz polski sztuk jeden. Na szczęście.



Hehe, a to bokserki. Mogą służyć do erotycznych gierek, albo do udawania Batmana niespełna rozumu.





To jest pocztówka z czasów kiedy pocztówki z Garfieldem były rzadkością. To jest też okładka zeszytu z paskami komiksowymi z Wyborczej. Stare czasy. Dwie kolejne pocztówki to efekt rosnącej sprzedaży pierwszej serii kartek (stąd te wszystkie kartony w piwnicy u mnie). Taka pocztówka nadaje się na wypisanie wszelkiego rodzaju życzeń. Ewentualnie trzeba tylko zamazywać coś i dopisywać. Ale wtedy właśnie jest najlepsza zabawa.



A to zeszyt do użyć wszelkich. Ja doklejam garfieldowe paski. Trochę z gazet, trochę z netu.



A to jest słodkie coś, co doczepiłem do swojego etui. Taka poduszeczka, która mi się kojarzy z dzieciństwem w PRL-u. A Marzi i Śledziowi nie, więc miałem gorszą zabawę w odnajdywanie nostalgicznych elementów w ich komiksach.



A to jest Garfield po węgiersku. Przyjechał z Budapesztu w 2005 roku. Nie, nie chciałem się tego języka uczyć z komiksu (choć kiedy zaczynałem studia w roku bardzo już odległym, miałem wybór między Hungarystyką a Iberystyką…). Po prostu do tego numeru była dodana frotka z kotem. Frotki nie mogę zlokalizować, ale to by był fajny prezent dla chłopaka-piłkarza-halowego, albo jakiegoś sportowca, no.



I jeszcze chciałem napisać, że wciąż czekam na fajny film z Garfieldem. Dwa fabularne były do bani. Próbowałem ich bronić, ale to bez sensu. Zbyt dziecinne, za mało esencji komiksowej się do nich przedostało. Jerzy Szyłak wspaniale opisał esencję Garfa i ja zawsze będę się na te słowa powoływał (sory za piractwo):

Są trzy powody popularności Garfielda. Pierwszy - bo to dowcipny komiks. Drugi - to bohater: wyjątkowo paskudny typ, który psoci, ma mnóstwo wad, jego pan jest nieudacznikiem. Dzięki temu komiks o Garfieldzie to śmianie się z rzeczy, z których śmiać się nie wypada. Po trzecie - to komiks o kocie, więc ci którzy kochają koty, muszą kochać Garfielda. Jako właściciel kota przyznaję, że Garfield uosabia wszystkie kocie cechy. Garfield pasuje do dzisiejszych czasów. W Fistaszkach ważne były sprawy rodzinne. Bohaterowie Garfielda to ludzie samotni, mający problemy z nawiązaniem bliższych kontaktów. Takich osób jest coraz więcej. Garfield potrafi w jednym pasku celnie spuentować rzeczywistość. Mój przyjaciel (ma psa i kota) często powtarza Garfielda: »psy w zestawie podstawowym nie mają mózgu«. Takich powiedzonek jest w tym komiksie mnóstwo. Krótko mówiąc - Garfield to dobrze zrobiony komiks rysowany przez dowcipnego człowieka.
(J. Szyłak, Za co kochamy Garfielda, METRO, środa-czwartek 9-10 czerwca 2004)

Nie zgadzam się z Polterową recenzją animowanego Garfielda. Byłem na seansie, na którym był pełny przekrój wiekowy wśród publiczności. Nie śmiał się nikt. No może tylko ja i tylko raz, ze śmiesznej wody, ale sprowokowano mnie.



I jeszcze zdjęcia: graffiti na śmietniku gdzieś na warszawskiej Ochocie dalekiej (u góry) i ucieleśnienie Garfielda- kot imieniem Iwan. 9 kilo słodyczy (u dołu) :lol:. Czy kot to dobry prezent?



qba

wtorek, 16 grudnia 2008

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Świetliki 05

by lufka:



by qba:











qba/autor

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Kobieciarze w Warszawie (26-30 listopad 2008)



Przybyli, zwiedzili, pogadali i pojechali. Było intensywnie i ciekawie. Program mieli napięty, bo oprócz spotkań z komiksiarzami, studentami i innymi artystami, zaplanowano kilka wywiadów i nagranie dla TVP Kultura (emisja podobno na początku stycznia). Z tego, co Pedro i João mówili w sobotę, mieli już serdecznie dość powtarzania pewnych rzeczy na temat komiksu, który powstał osiem lat temu (później samym komiksem zajmowali się tylko dorywczo; Pedro w tej chwili tworzy historyjkę pt. Margem Sul/Południowy brzeg, którą zaplanował na około 200 stron! A więc jest na co czekać; póki co powstała około jedna czwarta całości). Bardzo fajnie się złożyło, że w tym roku zostały opublikowane tłumaczenia komiksu Ty jesteś kobietą mojego życia, ona jest kobietą moich snów na francuski i polski, być może to da autorom dodatkowy impuls do tworzenia komiksów wspólnie (albo i osobno)? Ja nie mam nic przeciwko, jeśli ich kolejne prace w duecie będą tak dobre. Ale jeśli chodzi o publikację we Francji to szkoda, że autorów nie zaproszono również tam na promowanie swojego albumu. Z opowieści Pedro wynika, że francuskie wydanie „Kobiety” zostało zrobione „po partyzancku”, bez większego kontaktu z autorami (co zaowocowało fatalnym błędem w tłumaczeniu- kwestia kiedy Elsa po seksie z Tomasem pyta Nie doszedłeś we mnie? została przełożona na francuski jako Nie spenetrowałeś mnie?; to oczywiście pokazuje też nieznajomość, ze strony tłumacza, medium, z którym miał do czynienia i chyba pokazuje, że konieczne jest pisanie prac teoretycznych o tłumaczeniu komiksu; z drugiej strony, jeśli ktoś sięgnie po pozycje teoretyczne z zakresu tłumaczenia audiowizualnego, może się sam uświadomić na ile ważny jest związek słowa z obrazem i wszelkie ich interakcje) i bez proszonej wizyty. A w pRzYpAdKu Francji, która ma ogromny rynek komiksowy, chyba było by warto zrobić wszystko, aby komiks zaistniał, został zauważony, nie zniknął w zalewie innych tytułów. A co lepiej promuje sam komiks jeśli nie wizyta jego autorów?

Pedro Brito/Joao Fazenda w Warszawie (26-30 listopad 2008)

Pokaz slajdów powered by Picasa.

W Polsce zaczęło się na UW. Prezentacja była skróconą wersją tego, co następnego dnia autorzy zaprezentowali na ASP (tutaj podziękowania dla Daniela Chmielewskiego, który zorganizował to spotkanie). Pedro i João bardzo ciekawie pokazali jak ewoluował ich wspólny komiks od gry słownej w tytule (tak, tytuł był pierwszy, a cała historia została do niego dopisana), poprzez zapiski, szkice, wzajemne inspirowanie się scenarzysty i rysownika. Jeśli chodzi o rysunek, to można było zobaczyć ile wysiłku kosztowało João osiągnięcie efektu pospiesznego szkicu: planowanie układu planszy, szkic ołówkowy, potem tuszowanie i nakładanie plam. Można też było dowiedzieć się, że niektóre z rysunków w komiksie wykonał właśnie Pedro (co można poznać po nosach postaci, tych z tła). Bardzo obrazowo i sugestywnie poznaliśmy kulisy powstawania tego komiksu. No i co cieszy, na obu spotkaniach dopisała publiczność. Bez przesadnego tłoku, ale w sam raz. Trochę słabiej wypadło podpisywanie w CK, chociaż autorzy i tak przez 2 godziny byli zajęci autografowaniem rysunkowym i tekstowym. Również w CK swoje 20 min dostała TVP Kultura. W zasadzie wywiad był rzeczowy, ale nie dowiecie się z niego nic ponad to, co przeczytacie wcześniej (?) w wywiadach na AK, Motywie Drogi czy w najbliższym (?) Ziniolu. No i była jeszcze Tertúlia, choć na zasadach trochę innych niż oryginalnie odbywa się w Lizbonie (o tej piszę w gotowym już felietonie do kolejnego numeru pisma Splot). Nie było mnie tam (bo byłem na Biohazardzie), więc więcej nie dopowiem. Podobno João coś malował na ścianie, choć nie w takim rozmiarze jak tutaj:



A w sobotę trochę zwiedzania, pożegnalna kolacja z tradycyjnym polskim jedzeniem i piciem (tak, żubrówka była, panowie o niej słyszeli i pytali od pierwszego dnia pobytu, więc dostali- smakowało bestiom!), a potem tradycyjna polska parapetówka (no może nie do końca, bo w umeblowanym mieszkaniu…) u Basi, która w Łodzi nie poszła na MFK tylko na babeczki. Zemściłem się za to łącząc markerem kropki na jej ścianie :lol: (bez specjalnego entuzjazmu ze strony właścicieli). Na całe szczęście nie ma zdjęć z tego spotkania… Degustacji było sporo i troszkę się zmęczyliśmy. W międzyczasie Pedro machnął rysunek na okładkę iberystycznego pisma wydziałowego (pokażę jak już wyjdzie pismo), a potem rozdawaliśmy we trojkę (Pedro, João i ja) markerami autografy tatuażowe (najwięcej zrobiła sobie chyba Basia). Swój („Lizbon Lover") prezentuję:



Ma ten tatuaż chyba związek z tym komiksem:



Doczekałem się też fajnych rysunków z dedykacjami oraz alternatywnego zakończenia historyjki z El Bruto z tomiku Nem Carne, nem peixe!.



W tym wszystkim jest tylko jedna bardzo zła wiadomość, którą przekazał Pedro. To tylko plotka, tzn. nigdzie jeszcze jej nie zweryfikowałem, ale podobno wydawnictwo Devir, a dokładniej jego portugalski oddział, przestał istnieć… Może to niestety oznaczać problemy i opóźnienia w publikacji kolejnej Kapeli… Oby tak się nie stało, oby nie.

Panowie Brito i Fazenda wyglądali na bardzo zadowolonych z wizyty i zabawy. Nie wiem czy zmęczenie poprzedniej nocy jednak nie przeszkadzało im trochę w drodze powrotnej… Voltem sempre!

qba

pssst! a tu mnie Daniel uprzedził z relacją.

sobota, 29 listopada 2008

Co ma koncert do komiksu?




(kolejny komiksowy gadżecik: koszulka ze znakiem Punishera)

Wczoraj w Stodole wystąpił Biohazard (a na rozgrzewkę Faust Again- mój tata zwykł mawiać o zespołach, których słucham, że „to jest fizycznie męczące” i w pRzYpAdKu tej kapelki ja się zgodzę; być może na ich odbiór miał wpływ fakt, iż nie znałem nic z repertuaru? Ale naszła mnie też taka refleksja, że niewiele jest bendów, które są rozpoznawalne od pierwszej nuty, które wypracowały swój oryginalny styl i rzeźbią na scenie od 20 lat; a ja o zespole i zespół Biohazard usłyszałem po raz pierwszy 13 lat temu, na wycieczce klasowej w liceum- to była petarda, nigdy nie zapomnę pogowania do pierwszego albumu w jakieś przybudówce zakopiańskiego baru i pierwszego glebowania w młynku; myślę, że każda kapelka rozgrzewająca wczoraj, nie sprostałaby Biohazardowi; taki los saportów? Być może, a być może Faustowi nie jest pisane zostać zespołem rozpoznawalnym? Czas pokaże). Zagrali świetnie, ale to zdecydowanie nie był mój dzień. Zero siły na zabawę w młynku, a wojna była konkretna (po stronie strat zapisałem zerwany łańcuch od portfela, niestety… i jedną prawie-glebę, lądowałem na kolanku). Troszkę szkoda, że się nastrojowo i fizycznie nie zgrałem z wizytą chłopaków. Ale co tam, oni teraz wracają do juesej i biorą się za nową płytkę i podobno jeszcze do Nas przyjadą. A co, z punktu widzenia komiksowego musimy wiedzieć o Biohazardzie? A to, że intro do utworu Punishment pochodzi z pierwszej ekranizacji Punishera (według mnie z tej lepszej). Zresztą Punishment to jeden z moich ulubionych kawałków gwiazdy wczorajszego wieczora. Teraz pozostaje: czekać na 13 grudnia, nie spóźnić się na poranny pociąg do Wrocławia i nie upić przed koncertem zbytnio, aby wpuścili Nas do Hali Ludowej. Jakoś tak dziwnie i wspominkowo się zrobiło ostatnio jeśli chodzi o koncerty… No bo pierwszy mój poważny koncert to był wspólny gig Illusion, Flapjacka, Dynamind i Stillborn (chociaż nie mam pewności, że tak się nazywała ta kapelka) w Stodole w 1995 albo 1996- Illusion promował „trójkę”, naleźniki (:lol:) Fairplay, a Dynamind We can’t skate. To były czasy… Oczywiście muzycznie, żeby było również komiksowo, posłuchajcie sobie Punishment:



I niech hc będzie z Wami.

qba
pssst! no i przy okazji nadchodzi War Zone!

czwartek, 27 listopada 2008

poniedziałek, 24 listopada 2008

Spotkania z: João Fazenda i Pedro Brito


Prawdopodobnie już wiecie, ale nie zaszkodzi przypomnieć o wizycie „kobieciarzy” w Polsce. Współorganizatorem wizyty jest Instytut Camões’a, który wraz z wydawnictwem Taurus Media i sklepem komiksowym Centrum Komiksu zapraszają na:

Dzień 27/11

11:00 – luźna rozmowa z autorami pod hasłem “Mamo, kiedy dorosnę, chcę robić komiksy!”. Sala 217, Instytut Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego (uwaga: spotkanie prowadzone po portugalsku!)

16:30 – Sesja autografów w Centrum Komiksu (Aleja Niepodleglości 148)

Dzień 28/11

13:00 – wykład autorski pt. “Kulisy powstawania komiksu Kobieta mego życia, kobieta moich snów”. Audytorium Akademii Sztuk Pięknych, Ul. Krakowskie Przedmiescie 5

19:00 – Klub Miłośników Komiksu (Tertúlia de Banda Desenhada)- spotkanie z autorami, Galeria Sztuki Rowerowej, Ulica Widok 10 (w programie przekąski i napitki z Portugalii rodem)

Na wszystkie spotkania wejście za free.

Zapraszamy!

qba

piątek, 21 listopada 2008

muzyka/słowo vs zdjęcie/obraz: in the underground...





To był maj. Targi książki w Lizbonie. A w metrze nieopodal (chyba na stacji Avenida, a na górze ławeczka, która przywołuje same dobre wspomnienia :lol:), taka scenka: leżał sobie poza zasięgiem któryś tam numer pisma komiksowo-satyrycznego (brazylijskiego chyba) Chiclete com Banana (Guma z bananem). Czyżby miejsce komiksu było w undergroundzie właśnie, poza zasięgiem? Wyznaczone tak przez zbiorową nieświadomość większości? Ale, ale, możemy przecież zmusić ich, żeby zeszli do Nas na dół.



qba vs SOIA

wtorek, 18 listopada 2008

pRzYpAdKoWe nawiązki...

Wiadomo, że Najgorsza Kapela Świata to komiks „posklejany” z różnych cytatów. Ja w zasadzie nigdy nie poszukiwałem jakoś obsesyjnie tych odniesień. Zdawałem się na pRzYpAdEk i instynktownie ignorowałem to, co autor podawał w wyrównaniu rachunków czy w ścieżce dźwiękowej. Miałem z tym styczność o tyle, o ile musiałem podczas tłumaczenia.

Całkiem niedawno jeden z tłumaczy Kapeli rozesłał mp3 z utworem Heart cooks Brain Modest Mouse. Utwór klimatyczny, choć nie do końca w moich klimatach, ale jakoś wszedł. I to właśnie słowa tego utworu stanowią puentę historyjki Wykrywacz przesłań satanistycznych. Zespół został wskazany przez JCF oczywiście w wyrównaniu rachunków, które zamieszczone zostało na pierwszych stronach komiksu. I w zasadzie fajnie klimat tej piosenki zagrał z kolorem, treścią i wydźwiękiem historyjki…



Zupełnym pRzYpAdKiEm natknąłem się też na takie dziwne „coś”. W Kapeli roi się od instytutów o przedziwnych nazwach. I w Polsce, w Warszawie też coś takiego się znalazło. Jak widać rzeczywistość nie pada daleko od komiksu.



Trzecią rzeczą napotkaną, a jakże, pRzYpAdKoWo, jest taka książeczka, znaleziona na poddaszu pewnego gościnnego portugalskiego domu, który dał mi schronienie od lutego do czerwca tego roku (szukałem wtedy chyba słownika czy czegoś do poczytania, czy ja wiem?). To taki chytry podręcznik-poradnik, którego kolejne tomiki obejmowały porady z jakiejś dziedziny. Tutaj nauka i ekonomia. W wersji portugalskiej ich tytuł nawiązuje do tytułu 9 opowieści z 3 tomu Kapeli (Ruiny Babel- chyba już niedługo…): Błyskawiczny specjalista od wszystkiego i czegoś ponadto (zastanawiam się czy jednak nie zmienić tytułu na Podręczny specjalista (…)). Oczywiście JCF nabija się z tego rodzaju kuglarskiej publikacji, która siłą rzeczy prowadzi do zwykłego dyletanctwa.





Jest jeszcze taki sklep: Zegna. Hmm, czyżby interes gastronomiczny nie szedł?





Ten wpis siedział mi już w głowie trochę czasu, a ostateczny impuls do jego spisania dał mejl z piosenką. Dziękować panie szanowny Korn. Właśnie w taki sposób lubię czytać Kapelę (tak, mimo wałkowania całości niezliczoną ilość razy przy tłumaczeniu, wciąż ten komiks czytam). Czytanie to bowiem wykracza poza wygodną lekturę w fotelu/ na łóżku/ na krześle (niepotrzebne skreślić/potrzebne dodać). To czytanie to pRzYpAdKoWe spotkania, natknięcia się, uczenie się. Dlatego chyba Kapela tak fascynuje. Historie zapadają w pamięć i powracają, kiedy jakiś ich element puknie nas w czółko gdzieś na ulicy, na mejlu, w rozmowie (niepotrzebne skreślić/potrzebne dodać)…

qba

niedziela, 16 listopada 2008

"I co, i pani w to wszystko wierzy?"

A państwo, wierzą w to?

Nigdy nie wiedziałem, co mądrego powiedzieć/napisać w takiej chwili.
[*]

qba

czwartek, 13 listopada 2008

Komiksowym krokiem po Wiedniu



Nie wiem ile razy byłem już w Wiedniu na dłużej (około tygodnia), ale zawsze to były pobyty naznaczone komiksami. Korzystając z długiego weekendu oraz uczynności koleżanki (pani Doroto, dobrej zabawy dziś z moją grupą lektoratową), postanowiłem zobaczyć co słychać u mtz-eta (tak, to ten drugi od pRzYpAdKiEm).

Zanim dotarłem na umówione miejsce spotkania, Westbahnhof (celem udania się do Runcha), postanowiłem trochę połazić. No i w sklepie Comics Hutterer wsiąkłem… Liczba dostępnych u nich gadżetów jakoś nie współgrała zbyt korzystnie z zawartością mojego portfela, więc wybierałem ostrożnie. Ale wybrałem dobrze (a o wyborach innym razem; póki co mogę zdradzić, że jedna rzecz jest z Batmanem, druga z Pogromcą). Polecam sklep. Jest dobrze zaopatrzony i dobrze usytuowany (pięć minut piechotą od katedry Stepchensdom w kierunku Schwedenplatzu). Zdjęć nie posiadam, gdyż zadrżała mi ręka… I wychodziły nieostre.

Witamy w Runchu! (wisielce)



A Runch ma do nas pecha. To jest coś niesamowitego ile w nim można spędzić czasu oglądając komiksy i figurki. Z tego, co się zorientowałem, to nowości amerykańskie dochodzą tam dosyć szybko, ale nie samą amerykańszczyzną Runch stoi. Jest sporo publikacji reproduktowych, trochę innych niezależnych. I, co najważniejsze, obsługa nie stoi nad wami i nie sapie, że coś tam zaginacie okładki, że na sklepie się nie czyta i podobne pierdoły. Wszystko w zasięgu ręki i możecie powolutku i bez stresu zapoznać się z tym, co was interesuje. No i jak to jest cenowo: przelicznik 1$=1,1€. A więc nieźle.

Zawodnik mtz jeszcze nie przejawia zmęczenia...



...ale w trzeciej godzinie na sklepie...



Wiem, że w dobie globalizacji wszystkiego, w czasach sklepów internetowych, można dostać w zasadzie każdy komiks, w prawie każdym miejscu świata. Tylko, że ja zawsze lubiłem pooglądać na miejscu. Dotknąć. Przeczytać kilka stron. Poczuć zapach farby. Zrobić mały bałagan na sklepowych półkach. I pewnie dlatego takie miejsca jak wiedeński Runch będą mnie przyciągać zawsze. Mam nadzieję, że jeszcze w Runchu zawitam. Może w przyszłym roku? A na koniec kilka dodatkowych zdjęc.

Freddy vs Jason 2: ostateczna rozgrywka



Ha! Prawdziwa tożsamoć Batmana ujawniona! Bru..., tzn. mtz, przyłapany! Ale zaraz widać, że Batman jest inteligentniejszy od Supermana, bo zamiast w ciasnej budce telefonicznej, przebiera się w kostium w wygodnym sklepie komiksowym.



Osatani z tłumaczy marzy o takim skalpie z niejakiego pjp, ekhm, tzn. z Jokera



qba- komiksowy turysta