poniedziałek, 28 kwietnia 2008

(prze-)/(na-)rysowana rewolucja: 25 de Abril





O Rewolucji Goździków wspominałem już przy okazji komiksu A REVOLUÇÃO INTERIOR. À PROCURA DO 25 DE ABRIL/ WEWNĘTRZNA REWOLUCJA/ W POSZUKIWANIU 25 KWIETNIA. Teraz chciałbym na chwilę wrócić do tego tematu. Powody są przynajmniej trzy: dziś jest 28 kwietnia, trzy dni po tegorocznych obchodach; moje zbiory zasilił album wydany w 1999, w 25 rocznicę Rewolucji; no i całkowitym pRzYpAdKiEm trafiłem na wystawę związaną z tym albumem, zwiedzając Barcelos, miasteczko słynące z kogucika i targu (który w obecnej formie wygląda jak targowisko pod stadionem w Warszawie: czyli chińskie gacie i skarpetki z uciskającym gumkami, które mają służyć jako broń w eliminacji białej rasy przez- zapożyczę ten mój ulubiony termin od Kurta Vonneguta- żółte roboty napędzane ryżem).

Sama Rewolucja Goździków to chyba najważniejsze święto portugalskie. I nie ma się czemu dziwić: koniec faszyzmu w tym kraju pozwolił ‘powrócić' Portugalii do Europy. Być może reżim salazarowski nie był tak krwawy jak inne dyktatury, choćby te, które znamy z Ameryki Łacińskiej, ale konsekwencje społeczne długiej izolacji i zamknięcia państwa, cenzura i istnienie policji politycznej, oraz próba utrzymania za wszelką cenę kolonii afrykańskich, przyczyniły się do głębokiego kryzysu, z którego droga do wyjścia nie była usłana ani różami, ani goździkami. Opuszczenie kolonii przyczyniło się do chaosu i pogrążyło je w krwawych konfliktach wewnętrznych. A i sama Portugalia ucierpiała z tego powodu: fala uchodźców i tzw. retornados (wysłani przez Państwo celem zasiedlania kolonii, po ich wyzwoleniu musieli najczęściej opuszczać swoje nowe ‘ojczyzny’), którzy poprzez więzy językowe i historyczne szukali schronienia w dawnej metropolii, nie pomogła w niczym krajowi, który borykał się z wieloma innymi problemami okresu przejściowego. Próba ustabilizowania życia politycznego i ekonomicznego oraz praca nad szybkim wstąpieniem do UE, przypominały próbę zbyt szybkiego przeskoczenia pewnych naturalnych etapów w rozwoju każdego społeczeństwa, co być może zaowocowało pewnymi ‘zgrzytami’ w aktualnym życiu kraju, które nie jest wcale tak ustabilizowane i piękne jak to usiłuje przedstawiać rządząca partia (rozpadające się miasta- np. Porto, drugie co do wielkości w kraju; strajki nauczycieli; brak dialogu ze społeczeństwem; pogłębiająca się przepaść między bogatymi i biednymi i wiele, wiele innych).



Album Narysowana Rewolucja: 25 kwietnia i komiks jest próbą obiektywnego przedstawienia faktów historycznych i świetnym kompendium wiedzy na temat gorących dni rewolucji i okresu tuż po. Mamy tutaj solidną podbudowę faktograficzną oraz próbę wyczerpującego przedstawienia związków Rewolucji z komiksem i komiksu z Rewolucją. Tytuły rozdziałów mówią same za siebie: chronologia ważnych wydarzeń (bardzo szczegółowy opis, niemalże dzień po dniu), 25 Kwietnia w komiksie, opór i walka robotników, wojna kolonialna i dekolonizacja, komiks jako narzędzie krytyki polityczno-społecznej, komiks jako narzędzie edukacyjne, sławni bohaterowie w komiksie o 25 Kwietnia, panorama komiksu w tym okresie, pismo Visão, albumy komiksowe: lata 70 i 25 Kwietnia oraz współczesne komiksy o 25 Kwietnia (JCF, Filipe Abranches- znany z polskiej publikacji w Splocie, Rui Lacas- już niedługo o tym ciekawym autorze, Miguel Rocha- niesamowity rysownik, Pedro Brito- powinien być solo w nowym Splocie i w październiku jako scenarzysta komiksu Ty jesteś kobietą mojego życia, ona jest kobietą moich snów i inni). Album ma ponad 230 stron i jest solidnie przygotowaną publikacją okolicznoœciową. Ogromnym plusem jest spora liczba ilustracji, czyli coś, co w pRzYpAdKu pisania o komiksie jest rzeczą niezbędną. Narysowana Rewolucja: 25 kwietnia i komiks to dobra lekcja historii w ciekawym wydaniu. Historie stworzone przez współczesnych autorów trzymają poziom chociaż jak to w takich pRzYpAdKaCh bywa są zbyt krótkie, żeby mogły być czymś wyjątkowym. Ale już jako zarys do dłuższego opowiadania nadają się świetnie. Problem jednak w tym, że kontynuacji chyba nikt nie przewidział.




Wystawa w Barcelos (Miejska Galeria Sztuki, 4-27.04.2008) jest ściśle związana z albumem: podzielona na 8 części, odpowiadających konkretnym rozdziałom, prezentuje też oryginały. Jednak wbrew temu, co jest napisane w folderze, nie ma na wystawie prac współczesnych autorów. Nie mam pojęcia dlaczego, a i pani obsługująca wystawę nie wyglądała na zbyt zorientowaną. Plusem wystawy jest jej temat: powiązanie komiksu z ważnym wydarzeniem historycznym, minusem zbyt duża ilość tesktu... Nie zrozumcie mnie źle, ja lubię czytać, ale nie w pozycji stojącej i nie przy tak ogromnej ilości materiału, który prezentuje wystawa. Do tego trzeba mieć lepszą kondycję i więcej cierpliwości. Taka ilość materiału nie sprawdza się za dobrze w formie wystawy. Jest typowo albumowa. I jakby tego było mało, jedna karykatura, zaprezentowana w imponującym rozmiarze, jest pokazana w złej kolejnoœci, ma pomieszane kadry...

Zdjęcia z wystawy pstrykała Lufka i qba. Do obejrzenia tutaj. O komiksowym koguciku z Barcelos w następnym odcinku.




qba

czwartek, 17 kwietnia 2008

...from Portugal, with love 11

...Per aspera ad Astra...





qba


...from Portugal, with love 10

...czas...






Czas... wolno mi tu lllleeeeeeeeeeciiiiiiiiiiiiiiiii...


qba

wtorek, 15 kwietnia 2008

...z mejl@... Kapela na tourne w Kraju Baskow :-)

Munduko Bandarik Txarrena


Kapela na tourne w Kraju Baskow :-)


It is usually said that music is an universal language. Although is tough to admit it, bad music is also an universal language.
This is pg.3 of the first volume of Najgorsza Kapela Swiata, translated to Euskara (now being published in the magazine Nabarra, from Pamplona, Spain)
Next target: to be translated to Udmurt and Kalmyk

A tutaj inna kapela, baskijska :-) Sabotaje!!! Rebelion!!! Nicaragua Sandinista!!!

qba

piątek, 11 kwietnia 2008

on the way to splendor

...old sql splendor... American Splendor (2004)


Harvey Pekar o życiu. O swoim życiu. Najpierw na kartach komiksu rysowanego przez Roberta Crumba, potem na ekranie.


Są takie filmy, o których słyszy się dużo i chce się je obejrzeć, ale jakoś zawsze coś staje na przeszkodzie. Kiedyś tak miałem z Być jak John Malkovich. Ile razy siadałem do jego oglądania, tyle razy zasypiałem. No ale kiedyś dałem radę i bardzo mi się podobało. Tym razem film miał być komiksowy a przeszkodą była późna godzina i konieczność wstania następnego dnia o siódmej rano... (dawno tego nie robiłem :-)) Pomyślałem, że sobie zapuszczę American Splendor (nabyty za niecałe siedem euro...) i zobaczymy czy mnie wciągnie. Wciągnął. I to jeszcze jak...


...jak dobre życie. Ciężko pisać o filmie tak prawdziwym i poruszającym. Harvey Pekar to niesamowity obserwator. Nic w zasięgu jego wzroku i słuchu nie jest bezpieczne. Wszystko może trafić na karty komiksu-pamiętnika. Harvey, tak jak każdy z nas, chce pozostawić po sobie ślad. Ten najważniejszy zostawił w mojej głowie. Kilku scen z tego filmu nie zapomnę chyba nigdy. Superman, Batman, Robin, Green Lantern i Harvey Pekar w scenie ‘cukierek albo psikus’ kiedy pada pytanie – And who are you supposed to be? – I’m Harvey Pekar –That doesn’t sound like a super hero to me. Nikt tak pięknie, jak ten zagubiony w życiu człowiek, nie pokazywał, że kocha. Scena rozstania z żoną, kiedy odprowadzał ją do taksówki i ciągle pobrzmiewające mi w głowie słowa o tym, że leżąc w pustym łóżku czuł obok siebie ciało, tak jak ludzie w miejscu amputowanej kończyny odczuwają mrowienie, jak gdyby ona tam cały czas była... (to akurat po odejściu drugiej żony). Jego zamknięty świat, on nie-do-życia, ale wariujący na samą myśl, że może zostać sam. Scena w talk-show, kiedy budzi się jego świadomość i postanawia powiedzieć ‘nie’ ludziom, którzy traktują go jak zabawkę. Scena w kolejce sklepowej, kiedy postanawia coś zrobić z życiem. I zaczyna pisać scenariusze komiksowe (czysta desperacja, co?), które później pokazuje Crumbowi a ten postanawia je zilustrować (heh, Harvey się produkuje, wygłasza skomplikowaną analizę tego, czym dla niego jest komiks, a co na to Crumb? – Pass the ketchup. :-)). Harvey jest nieznośny, szorstki, ma swoje zwyczaje. Według mnie on nawet nie szuka akceptacji czy uznania. Zwyczajnie obserwuje i robi swoje.


Czasami, poszukając tematów do kolejnego odcinka American Splendor, prowokuje do rozmów znajomych z pracy. Innym razem podsłuchuje przez okno dwójkę mężczyzn, którzy wyrzucają do śmieci materac (Hey man, average is dumb). I tak w kółko.


Nie wiem ile razy przy tym filmie się zamyśliłem, ile razy śmiałem, ale wiem, że chłonąłem go jak alkohol w ostatni weekend, czyli do dna i bez przerw (ok, organizm już nie taki młody i sobota była chilloutowa, czyli gotowanie-kucharzenie i pomidorówka gotowa). Nie mogłem się oderwać. Raczej na tym blogu o filmach nie zamierzałem pisać, ale American Splendor zrobił na mnie tak duże wrażenie, że nie mogłem się powstrzymać. Nie znam komiksu, ale chyba warto po niego sięgnąć i to pokazuje, na moim przykładzie, jak wielkim sprzymierzeńcem komiksu może być film. Ma on przecież dużo większy zasięg, jest bardziej ‘bierny’ w odbiorze (mniej wysiłkowy :-)), a więc dociera do większej liczby zmaltretowanych odbiorców kultury masowej :-) i jeśli jest dobrze zrobiony, to może pomóc przekonać ludzi do tego, że są dobre komiksy. A ten film jest znakomity, również dzięki puencie (że o muzyce i techniczno-aktorskiej stronie nie wspomnę). W materiałach dodatkowych możemy obejrzeć krótkie nagranie z wyprawy Harvey’a wraz z rodziną na festiwal do Cannes. Nikt nie wie kim jest Harvey, nikt go nie poznaje. I tak jak w komiksie, tak i w życiu, prawdziwy bohater jest aktorem nawet nie drugoplanowym, ale statystą...


Epilog: dałem radę wstać o siódmej rano. Zdążyłem na pociąg. Dziwnym splotem pRzYpAdKóW w drodze na stację wokalista Sick Of It All darł mi się do ucha mniej więcej tak: it’s so hard to make a mark when you washed away/ it’so hard to be remembered when you got nothing to say [Make a mark (Death to tyrants)]. Harvey zrobił swoje. Just make a mark. Just do it.



qba

wtorek, 8 kwietnia 2008

...pRzYpAdKiEm usłyszane...

Czasami trzeba przejechać, a w zasadzie przelecieć (jakkolwiek by to nie brzmiało), 3,5 tyś. kilometrów, żeby się o czymś dowiedzieć.

W zeszły czwartek tak jak zwykle udałem się do Bedeteki w Lizbonie, żeby posiedzieć trochę nad książkami, eee, nad komiksami znaczy się. Na wejściu zagadał mnie pracujący tam Marcos Farrajota (alternatywny komiksiarz, autor scenariuszy dla m.in. João Fazendy- rysownika komiksu Ty jesteś kobietą mojego życia, ona jest kobietą moich snów do scenariusza Pedro Brito, który Taurus ma wydać na MFKę- założyciel Associação Chili con Carne) na temat pisma z Krakowa, o którym więcej możecie poczytać na www.splot.art.pl (o zawartości poszczególnych numerów, kim są blabalabala bla). Dlaczego o tym piśmie mowa na pRzYpAdKiEm? Z przynajmniej dwóch powodów. Wśród sekcji poświęconych filmowi, książce, muzyce, sztukom plastycznym, teatrowi jest też dział komiksowy, którym zawiaduje znany niektórym wirtualnym chłopcom, i nie tylko, Jakub Oleksak. Ale, i to najważniejsze, począwszy od numeru trzeciego, przybliża nam komiks portugalski!!! (Ten numer wyszedł w roku 2007 i był bezpłatnym dodatkiem do magazynu Ha!art). Cytując:

W tym numerze Splotu przedstawiamy komiks Solo auorstwa Filipe Abranchesa. Jest to pilot cyklu Współcześni twórcy komiksu portugalskiego od A do Z, który będziemy kontynuować, prezentując od następnego numeru po trzech artystów kraju porto i fado. W kolejnym, marcowym numerze znajdzie się artykuł Marcosa Farrajoty, przybliżający historię sztuki rysunku i słowa w Portugalii. W czerwcu natomiast kontynuacja, prezentująca współczesny stan komiksu w tym kraju.

Technicznie więc rzecz biorąc, opublikowana w tym właśnie numerze krótka historia Filipe Abranchesa Solo, która rozpoczyna cykl, jest pierwszym komiksem portugalskim opublikowanym w Polsce. I warto ten fakt podkreślić z kronikarskiego obowiązku. Ale nie tylko. Filpe Abranches to autor godny uwagi, ale bardzo trudny w odbiorze. Historia Solo pochodzi ze zbioru krótkich historyjek pod tym samym tytułem. Muszę przyznać, że to, co widziałem w wykonaniu Abranchesa robi wrażenie, ale lektura jest ciężka. Hermetyczne, niejasne, zamknięte w sobie prace. Spoza zbiorku Solo jedną z bardziej czytelnych opowieści, choć o otwartym zakończeniu, jest około 20 stronicowy 16→1. Natomiast prześlicznie namalowana (w sepii) historia Lizbony w dwóch tomach jest nieczytelna dla kogoś, kto choć minimalnie nie orientuje się w ogólnej historii Portugalii. Niemniej jednak autor jest intrygujący. Odpowiedzialny za dobór autorów Marcos Farrajota wie doskonale, co robi. Nie wiem czy mogę zdradzać inne nazwiska, które podał mi w rozmowie... Może lepiej nie. Żeby dowiedzieć się kto z komiksowej krainy fado (dla mnie to kraina Sportingu, pasteis de nata, bacalhau’a, napoju guaraná i wina porto :-)) jeszcze do nas zawita w formie krótkich historyjek (uwaga, niektórzy autorzy stworzyli nowe historie specjalnie do tej publikacji!), sięgnijcie po to pismo. Warto poznać tych kilkunastu autorów.

Puenta tej historii jest taka, że ja się bardzo cieszę z działalności pisma i trzymam za nich kciuki. A może puenta jest jednak taka: w dzisiejszym świecie nic się przed nikim nie ukryje. Nawet komiks z kraju na samym krańcu UE. wyprzedził nas tłumaczy Kapeli, [pRzYpAdKiEm :-)] i chylę czoła przed zespołem redakcyjnym. To bardzo pocieszające wiedzieć, że na tym świecie jest więcej świrów mojego pokroju, którzy drążą tematy z pozoru tak egzotyczne, niedochodowe, ale niezwykle bogate, jak komiks portugalski. Czemu nie? Po pierwszym tekście o komiksie portugalskim, na temat tendencji postmodernistycznych w Kapeli (sympozjum komiksologiczne 2005), starcie tego bloga (wrzesień 2007), do szerzenia wiedzy na temat komiksu portugalskiego włączył się nowy zawodnik. Razem można zdziałać wiele, a planów mamy mnóstwo. Czekajcie na wieści i niech Wam przygrywa Kapela. I nic to, że najgorsza na świecie.

qba

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

...from Portugal, with love 09

Słowo vs Obraz 04: Aliens

Qba:



Ten obcy IRENA JURGIELEWICZOWA (tutaj): Bohater "Tego obcego" był skryty, zdecydowanie małomówny, nieufny wobec ludzi, nawet dla najbliższych przyjaciół bywał opryskliwy. Jednak stanowiło to tylko rodzaj maski-nie chciał przez innymi okrywać swego nieszczęścia, jakby wstydził się tego, co zaszło między nim a ojcem. Pod wspominaną maską ukrywał się chłopiec wrażliwy, zdolny s=do wyższych uczuć, tęskniący za rodzinnym szczęściem. Ktoś zawsze ambitny i pracowity, wręcz uparty. Te prawdziwe cechy charakteru Zenka są dobrze widoczne w jego stosunku do Uli, w ich rozmowach.


qba :-)

wtorek, 1 kwietnia 2008

...from Portugal, with love 08

Szatanki zainspirowane muzycznie 03



qba