środa, 31 grudnia 2008

Nowego pRzYpAdKoWeGo roku!



Bawcie się dobrze, a w Nowym Roku niech pozytywny pRzYpAdEk rządzi Waszym życiem osobistym i komiksowym, a takie fajne kalendarze co by Nam odmierzały czas. Najlepszego! Telepatycznie pijcie, palcie i bawcie się z tymi, z którymi nie będziecie mogli na żywo.

qbaaaaarghhh!!!

pssst! i oby jak najrzadziej towarzyszyło Wam to hasło:

sobota, 27 grudnia 2008

Świetliki 06

by qba



by lufka:



qba/autor

piątek, 19 grudnia 2008

pRzYpAdKoWe gadżety 02: Garfieldove


No tak. Święta za pasem, czas upominków, refleksji etc. Pomyślałem sobie, że coś o potencjalnych prezentach by można skrobnąć. O gadżetach. Bo na refleksję mnie nie stać w tej chwili. To luksus, na który sobie nie pozwolę.

Nie panuję już nad tym ile różnych rzeczy z Garfieldem posiadam w kolekcji, ale myślę, że to na tyle fajny kot, że ktoś by go chciał w jakiejś wersji znaleźć pod choinką. Oto moje propozycje.

Koszulkę znacie już z wpisu o gadżetach batmanowych. Nie mam pojęcia ile ma lat, ale została wykonana w domu z prasowanki. Najpierw zszedł kolor z koszulki, potem z prasowanki, a na koniec wzór zaczął pękać. Ale i tak jeszcze noszę ten tiszert. Ma już nawet dziurki gdzieniegdzie.



Zegar został upolowany podczas wakacji w Słowenii w 2006 roku (a swoją drogą polecam ten kraj, jest przepiękny). Krótki spacer po Ljubljanie i ten kot tak na mnie spojrzał, że musiałem go przygarnąć. Wydaje mi się, że z tej samej serii pochodzi Garfield-telefon stacjonarny, który kiedyś widziałem u kolegi w domu. Ogon robi tam za słuchawkę :lol:. Z zegarem natomiast jest tak, że bateria zarządzająca jego ogonem szybko się wyczerpuje, a oczy potrafią zdenerwować (ruszają się jednostajnie-hipnotycznie). No ale nie mnie.



Aniołek i Diabełek czyli nierozłączne breloczki zakupione w Runchu. Uwielbiam je.



Kredki… Może w dobie powszechnej technologizacji/digitalizacji warto dzieciakom kupować właśnie kredki zamiast tabletów… Dziecko-ja czasami coś tymi kredkami maluje.





Znaczek. Miłosny Garfield. Świetnie się prezentuje na tiszercie z czaszką pogromcy. Chyba upolowałem go na stacji kolejowej Roma-Areeiro w Lizbonie. Zresztą tam było więcej fajnych komiksowych znaczków.



Jeden kubek z Garfem. Po jakiejś podróży wrócił w kawałkach i teraz służy już tylko do stania, a nie do popijania. Drugi za to jest w ciągłym użyciu. Czasami jego białe wnętrze staje się czarne. Chyba tylko alkoholu jeszcze z niego nie piłem.





A to jest superhiroł. Słodki, że aż zęby bolą. Miś Garfa, który uwielbia czytać komiksy i oglądać horrory. Nie boi się latać samolotem, nie lubi zostawać sam.



Piórniczek. Na kredki i inne tajemnice.



Zużyty trochę portfel. Przeżył już tyle koncertów i jedną próbę kradzieży. Nie dał się. Jeśli kupicie coś takiego komuś w prezencie, to pamiętajcie, że do środka trzeba włożyć kocią sierść sztuk jeden i grosz polski sztuk jeden. Na szczęście.



Hehe, a to bokserki. Mogą służyć do erotycznych gierek, albo do udawania Batmana niespełna rozumu.





To jest pocztówka z czasów kiedy pocztówki z Garfieldem były rzadkością. To jest też okładka zeszytu z paskami komiksowymi z Wyborczej. Stare czasy. Dwie kolejne pocztówki to efekt rosnącej sprzedaży pierwszej serii kartek (stąd te wszystkie kartony w piwnicy u mnie). Taka pocztówka nadaje się na wypisanie wszelkiego rodzaju życzeń. Ewentualnie trzeba tylko zamazywać coś i dopisywać. Ale wtedy właśnie jest najlepsza zabawa.



A to zeszyt do użyć wszelkich. Ja doklejam garfieldowe paski. Trochę z gazet, trochę z netu.



A to jest słodkie coś, co doczepiłem do swojego etui. Taka poduszeczka, która mi się kojarzy z dzieciństwem w PRL-u. A Marzi i Śledziowi nie, więc miałem gorszą zabawę w odnajdywanie nostalgicznych elementów w ich komiksach.



A to jest Garfield po węgiersku. Przyjechał z Budapesztu w 2005 roku. Nie, nie chciałem się tego języka uczyć z komiksu (choć kiedy zaczynałem studia w roku bardzo już odległym, miałem wybór między Hungarystyką a Iberystyką…). Po prostu do tego numeru była dodana frotka z kotem. Frotki nie mogę zlokalizować, ale to by był fajny prezent dla chłopaka-piłkarza-halowego, albo jakiegoś sportowca, no.



I jeszcze chciałem napisać, że wciąż czekam na fajny film z Garfieldem. Dwa fabularne były do bani. Próbowałem ich bronić, ale to bez sensu. Zbyt dziecinne, za mało esencji komiksowej się do nich przedostało. Jerzy Szyłak wspaniale opisał esencję Garfa i ja zawsze będę się na te słowa powoływał (sory za piractwo):

Są trzy powody popularności Garfielda. Pierwszy - bo to dowcipny komiks. Drugi - to bohater: wyjątkowo paskudny typ, który psoci, ma mnóstwo wad, jego pan jest nieudacznikiem. Dzięki temu komiks o Garfieldzie to śmianie się z rzeczy, z których śmiać się nie wypada. Po trzecie - to komiks o kocie, więc ci którzy kochają koty, muszą kochać Garfielda. Jako właściciel kota przyznaję, że Garfield uosabia wszystkie kocie cechy. Garfield pasuje do dzisiejszych czasów. W Fistaszkach ważne były sprawy rodzinne. Bohaterowie Garfielda to ludzie samotni, mający problemy z nawiązaniem bliższych kontaktów. Takich osób jest coraz więcej. Garfield potrafi w jednym pasku celnie spuentować rzeczywistość. Mój przyjaciel (ma psa i kota) często powtarza Garfielda: »psy w zestawie podstawowym nie mają mózgu«. Takich powiedzonek jest w tym komiksie mnóstwo. Krótko mówiąc - Garfield to dobrze zrobiony komiks rysowany przez dowcipnego człowieka.
(J. Szyłak, Za co kochamy Garfielda, METRO, środa-czwartek 9-10 czerwca 2004)

Nie zgadzam się z Polterową recenzją animowanego Garfielda. Byłem na seansie, na którym był pełny przekrój wiekowy wśród publiczności. Nie śmiał się nikt. No może tylko ja i tylko raz, ze śmiesznej wody, ale sprowokowano mnie.



I jeszcze zdjęcia: graffiti na śmietniku gdzieś na warszawskiej Ochocie dalekiej (u góry) i ucieleśnienie Garfielda- kot imieniem Iwan. 9 kilo słodyczy (u dołu) :lol:. Czy kot to dobry prezent?



qba

wtorek, 16 grudnia 2008

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Świetliki 05

by lufka:



by qba:











qba/autor

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Kobieciarze w Warszawie (26-30 listopad 2008)



Przybyli, zwiedzili, pogadali i pojechali. Było intensywnie i ciekawie. Program mieli napięty, bo oprócz spotkań z komiksiarzami, studentami i innymi artystami, zaplanowano kilka wywiadów i nagranie dla TVP Kultura (emisja podobno na początku stycznia). Z tego, co Pedro i João mówili w sobotę, mieli już serdecznie dość powtarzania pewnych rzeczy na temat komiksu, który powstał osiem lat temu (później samym komiksem zajmowali się tylko dorywczo; Pedro w tej chwili tworzy historyjkę pt. Margem Sul/Południowy brzeg, którą zaplanował na około 200 stron! A więc jest na co czekać; póki co powstała około jedna czwarta całości). Bardzo fajnie się złożyło, że w tym roku zostały opublikowane tłumaczenia komiksu Ty jesteś kobietą mojego życia, ona jest kobietą moich snów na francuski i polski, być może to da autorom dodatkowy impuls do tworzenia komiksów wspólnie (albo i osobno)? Ja nie mam nic przeciwko, jeśli ich kolejne prace w duecie będą tak dobre. Ale jeśli chodzi o publikację we Francji to szkoda, że autorów nie zaproszono również tam na promowanie swojego albumu. Z opowieści Pedro wynika, że francuskie wydanie „Kobiety” zostało zrobione „po partyzancku”, bez większego kontaktu z autorami (co zaowocowało fatalnym błędem w tłumaczeniu- kwestia kiedy Elsa po seksie z Tomasem pyta Nie doszedłeś we mnie? została przełożona na francuski jako Nie spenetrowałeś mnie?; to oczywiście pokazuje też nieznajomość, ze strony tłumacza, medium, z którym miał do czynienia i chyba pokazuje, że konieczne jest pisanie prac teoretycznych o tłumaczeniu komiksu; z drugiej strony, jeśli ktoś sięgnie po pozycje teoretyczne z zakresu tłumaczenia audiowizualnego, może się sam uświadomić na ile ważny jest związek słowa z obrazem i wszelkie ich interakcje) i bez proszonej wizyty. A w pRzYpAdKu Francji, która ma ogromny rynek komiksowy, chyba było by warto zrobić wszystko, aby komiks zaistniał, został zauważony, nie zniknął w zalewie innych tytułów. A co lepiej promuje sam komiks jeśli nie wizyta jego autorów?

Pedro Brito/Joao Fazenda w Warszawie (26-30 listopad 2008)

Pokaz slajdów powered by Picasa.

W Polsce zaczęło się na UW. Prezentacja była skróconą wersją tego, co następnego dnia autorzy zaprezentowali na ASP (tutaj podziękowania dla Daniela Chmielewskiego, który zorganizował to spotkanie). Pedro i João bardzo ciekawie pokazali jak ewoluował ich wspólny komiks od gry słownej w tytule (tak, tytuł był pierwszy, a cała historia została do niego dopisana), poprzez zapiski, szkice, wzajemne inspirowanie się scenarzysty i rysownika. Jeśli chodzi o rysunek, to można było zobaczyć ile wysiłku kosztowało João osiągnięcie efektu pospiesznego szkicu: planowanie układu planszy, szkic ołówkowy, potem tuszowanie i nakładanie plam. Można też było dowiedzieć się, że niektóre z rysunków w komiksie wykonał właśnie Pedro (co można poznać po nosach postaci, tych z tła). Bardzo obrazowo i sugestywnie poznaliśmy kulisy powstawania tego komiksu. No i co cieszy, na obu spotkaniach dopisała publiczność. Bez przesadnego tłoku, ale w sam raz. Trochę słabiej wypadło podpisywanie w CK, chociaż autorzy i tak przez 2 godziny byli zajęci autografowaniem rysunkowym i tekstowym. Również w CK swoje 20 min dostała TVP Kultura. W zasadzie wywiad był rzeczowy, ale nie dowiecie się z niego nic ponad to, co przeczytacie wcześniej (?) w wywiadach na AK, Motywie Drogi czy w najbliższym (?) Ziniolu. No i była jeszcze Tertúlia, choć na zasadach trochę innych niż oryginalnie odbywa się w Lizbonie (o tej piszę w gotowym już felietonie do kolejnego numeru pisma Splot). Nie było mnie tam (bo byłem na Biohazardzie), więc więcej nie dopowiem. Podobno João coś malował na ścianie, choć nie w takim rozmiarze jak tutaj:



A w sobotę trochę zwiedzania, pożegnalna kolacja z tradycyjnym polskim jedzeniem i piciem (tak, żubrówka była, panowie o niej słyszeli i pytali od pierwszego dnia pobytu, więc dostali- smakowało bestiom!), a potem tradycyjna polska parapetówka (no może nie do końca, bo w umeblowanym mieszkaniu…) u Basi, która w Łodzi nie poszła na MFK tylko na babeczki. Zemściłem się za to łącząc markerem kropki na jej ścianie :lol: (bez specjalnego entuzjazmu ze strony właścicieli). Na całe szczęście nie ma zdjęć z tego spotkania… Degustacji było sporo i troszkę się zmęczyliśmy. W międzyczasie Pedro machnął rysunek na okładkę iberystycznego pisma wydziałowego (pokażę jak już wyjdzie pismo), a potem rozdawaliśmy we trojkę (Pedro, João i ja) markerami autografy tatuażowe (najwięcej zrobiła sobie chyba Basia). Swój („Lizbon Lover") prezentuję:



Ma ten tatuaż chyba związek z tym komiksem:



Doczekałem się też fajnych rysunków z dedykacjami oraz alternatywnego zakończenia historyjki z El Bruto z tomiku Nem Carne, nem peixe!.



W tym wszystkim jest tylko jedna bardzo zła wiadomość, którą przekazał Pedro. To tylko plotka, tzn. nigdzie jeszcze jej nie zweryfikowałem, ale podobno wydawnictwo Devir, a dokładniej jego portugalski oddział, przestał istnieć… Może to niestety oznaczać problemy i opóźnienia w publikacji kolejnej Kapeli… Oby tak się nie stało, oby nie.

Panowie Brito i Fazenda wyglądali na bardzo zadowolonych z wizyty i zabawy. Nie wiem czy zmęczenie poprzedniej nocy jednak nie przeszkadzało im trochę w drodze powrotnej… Voltem sempre!

qba

pssst! a tu mnie Daniel uprzedził z relacją.