wtorek, 10 listopada 2009

FIBDA- Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Amadorze 2009

UWAGA: DŁUŻYZNA!



Tytułem wstępu

Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć Festiwal w Amadorze, a w zasadzie tylko niewielką jego część, na żywo, a nie na zdjęciach na licznych portugalskich blogach i stronach. Te opisy i relacje fotograficzne nadrobię sobie w ciągu tygodnia, a w zasadzie to chyba po 15 listopada, bo praca wzywa niestety. Okazja nadarzyła się w związku z wyprawą polskiej delegacji (zresztą bardzo wesołej delegacji), której członkowie w różny sposób byli zaangażowani w przygotowanie wystawy polskiego komiksu w Portugalii. Ja oczywiście dołączyłem do grupy jako tłumacz (wstępu i not biograficznych do katalogu wystawy oraz prezentowanych plansz komiksowych). To były intensywne 4 dni, w ciągu których na odpoczynek czasu było niewiele, ale po kolei.

Festiwal z mojej perspektywy

Pisałem w zeszłym roku relację z festiwalu komiksowego w Bejy, więc siłą rzeczy posłuży mi on za punkt odniesienia. Festiwal w Bejy jest drugim co do wielkości w Portugalii, ale przy Amadorze wygląda bardzo skromnie. Począwszy od liczby wystaw (choć również znacznej), których naliczyłem w Amadorze aż 24! A nie widziałem chyba nawet połowy... Podobnie jak w Bejy wystawy są rozrzucone po różnych miejscach, ale największa część znajduje się w centrum festiwalu w Fórum Luís de Camões w Brandoa (tuż pod Lizboną). To, co mnie zachwyciło w wystawach ogólnie, to ich scenografia. W zasadzie jedyną wystawą, dla której przestrzeń nie została w specjalny sposób zaaranżowana była nasza polska. Pozostałe, z których część do obejrzenia na zdjęciach, zostały świetnie i pomysłowo przygotowane: ściany odpowiednio pomalowane, dodatki w postaci rzeźb papierowych lub dużych figurek bohaterów, prezentacje video i komiksy danego autora/autorów, które można było na spokojnie obejrzeć w wersji drukowanej i w całości (na ścianach znajdowały się tylko wybrane oryginalne plansze).




Rozmiar i rozmach festiwalu w Amadorze wiąże się również z anonimowością. W Bejy było bliżej do zaproszonych gości zagranicznych, miałem wrażenie, że uczestnicy byli ciut bardziej zintegrowani. FIBDA to jednak w tym względzie wielkomiejski moloch. Chociaż goście zaproszeni na festiwal chyba nie mogą narzekać. Nasza delegacja była bardzo zadowolona, bo organizatorzy zapewniali rozrywki, transport i byli do naszej dyspozycji. Ja miałem kilka spotkań umówionych ze znajomymi, więc nie brałem udziału we wszystkich przewidzianych dla nas atrakcjach, ale wycieczka mi opowiadała i była bardzo zadowolona. Teraz trzeba pomyśleć jak się zrewanżować gościom z Portugalii, kiedy przyjadą do Łodzi w przyszłym roku jako partner festiwalu łódzkiego.

Znajomi Portugalczycy narzekali na małą przestrzeń giełdową. Faktycznie, przy rozmiarze festiwalu trochę to dziwnie wyglądało, bo giełda była mniejsza niż w tym roku w Łodzi. Ma to zapewne związek z małą liczba publikacji portugalskich. Z drugiej strony fajnie, że FIBDA nie jest tylko targowiskiem i festiwalem sprzedaży, ale przede wszystkim stawia na wystawy, prezentacje projektów wydawniczych, spotkania z autorami i sesje autografów. O ile autografy wypadły świetnie, z dobrze wyznaczonym i zorganizowanym do tego miejscem, o tyle same spotkania są przedziwne, bo odbywają się w przestrzeniach półotwartych. Byłem na jednym spotkaniu i przechodząca głównym korytarzem festiwalowa publiczność hałasowała na tyle (a Portugalczycy są ogólnie narodem bardzo hałaśliwym), że momentami ciężko było się skoncentrować na tym, co autorzy mówili. Myślę, że miejsca na spotkania powinny być jednak troszkę bardziej wyizolowane, aby uniknąć podobnych problemów.





Świetnie wypadło zachęcenie ludzi do przebierania się za bohaterów komiksowych. Uprawniało to darmowego wejścia na festiwal i dodało kolorytu całej imprezie. Oczywiście zorganizowano też konkurs na najlepsze przebranie, ale nie wiem kto wygrał. Umknęło mi to w ogólnym zamieszaniu. Bezcenne jest za to minięcie na korytarzu Wolverine’a, Rogue, Pogromcy i wyjątkowo świetnie wyglądających postaci mangowych, których co prawda nie znam, ale sam ich koloryt przyciągał uwagę.

Dla mnie równie ważny był aspekt towarzyski tego wyjazdu, bo udało mi się spotkać i porozmawiać ze wszystkimi znajomymi i tymi, których dopiero chciałem poznać. David Soares, który tworzy hardcore’owe horrory komiksowe i powieściowe, i który wygląda mrocznie z sygnetami na palcach, w czarnym płaszczu i kapeluszu oraz z szatańską laseczką w dłoni, okazał się bardzo miłym i normalnym facetem. No i podpisał mi swój nowy komiks Mucha, o którym pisałem tutaj i zapewne jeszcze napiszę, bo lektura robi wrażenie. Zabawnie, choć z zasadami swojej wymowy, Portugalczycy wymawiają to polskie słowo, którego użyto w tytule: musza. Oczywiście po belfersku ich poprawiałem przy każdej okazji. Po inne autografy nie stałem, bo oczywiście zawsze się gdzieś spieszyłem i większość rzeczy robiłem w locie (i pod tym względem festiwalowi portugalskiemu blisko do naszych polskich). Trochę szkoda, bo byli i Rui Lacas, i David Lloyd, i Kasprzakowie. Tak, stanowili część naszej delegacji i mieli swoją sesję autografów, na której zjawiło się sporo ludzi, choć autorzy nie mają żadnego albumu wydanego po portugalsku! Kasprzakowie są przemili i młodzi duchem, więc nie mieli żadnego problemu z włóczeniem się po mieście i po imprezach. Bezcenne sceny miały miejsce na Bairro Alto, kiedy dwójka Polaków (zmojitowanych- a i tak nie udało się trafić na mityczne mojito podawane w wiadrach, o którym Adam Radoń opowiadał od samego początku; podobno w końcu znalazł, ale ja nie widziałem) zaczęła wesoło gestykulować i rozmawiać po francusku (Kasia i Zbigniew nie mogli się po prostu powstrzymać). Bardzo się cieszę, że poznałem ich osobiście. Zbigniew okazał się gadułą pokroju Wojtka Birka, z którym to Wojtkiem przegadaliśmy całą drogę w samolocie z Zurichu do Warszawy.

Jak każdy festiwal, tak i amadorski nie mógł obyć się bez oficjalnych publikacji festiwalowych: katalog (z opisami wszystkich wystaw), program (w formie książkowej, z mapką, na którą naniesiono punkty festiwalowe), Oesterheld (książka ze skrótową biografią, kalendarium publikacji oraz tekstami krytycznymi o dorobku autora) oraz album pamiątkowy w związku z dwudziestymi urodzinami festiwalu (w płóciennej okładce, z tekstami ludzi związanymi w różny sposób ze środowiskiem festiwalowym i komiksowym). Oczywiście ani tych publikacji, ani większości zakupionych komiksów jeszcze nie przeczytałem, bo wróciłem dopiero wczoraj wieczorem, ale sukcesywnie będę nadrabiał i pewnie w swoim czasie napiszę o najciekawszych kilka słów.

Publikacją nie do końca festiwalową jest katalog polskiej wystawy, który został przygotowany przez MFKiG i dojechał do Portugalii dopiero z delegacją (sam jako bagaż podręczny targałem kartonik, między innymi przez całe lotnisko w Mediolanie; praca w kulturze jednak bywa ciężka).

Zastanawiam się teraz czy o niczym nie zapomniałem napisać, bo ilość wrażeń była ogromna. I w większości pozytywna. Bardzo jestem z tej wyprawy zadowolony tak towarzysko, jak i festiwalowo. Fajnie było odwiedzić znajome kąty, zobaczyć znajomych i poznać lepiej łódzką ekipę. Obserwując Adama Radonia oraz łódzkie CREW i rozmawiając z nimi, doskonale już wiem skąd wzięła się ta pozytywna transformacja naszej eMeFKi.

A, już wiem, jeszcze o dwóch rzeczach: FIBDA organizuje również konkursy komiksowe, z których robi się potem wystawę, oraz przyznaje nagrody komiksowe. W tym roku najciekawszą dla nas informacją, i jednocześnie różnie komentowaną w środowisku portugalskim, jest to, że nagrody za najlepszy scenariusz, najlepszy rysunek oraz najlepszy komiks zdobyli JCF i Luís Henriques, którzy wcześniej współpracowali przy Black Box Stories, za komiks Metrópole Feérica, którego część opublikowano w portugalskiej Lampie. Gratulacje.

Czy albatros patrzy wilkiem?

W sobotę po życiu festiwalowym była kolacja, ale przed nią prezentacja projektów wydawnictwa Qual Albatroz, które wydaje między innymi kolejne części przygód znanego w Polsce z Ziniola i Lampy (specjalne wydanie portugalskie) Smutnego Chłopca. Nadchodzi kolejny, o którym już pisałem. Tym razem punkowy. Strach się bać! Ale ja jakoś lubię tego gałgana :-).

Drugi projekt to komiks Gastão Travado Reevolução 10/01. Ciekawy plastycznie, dla lubiących wycyzelowane grafiki komputerowe. O treści wypowiem się po lekturze.

Qual Albatroz jest wydawnictwem zaangażowanym w projekty ekologiczne i we współpracy z organizacjami ochrony dzikich zwierząt na wyginięciu dedykuje zagrożonym gatunkom kolejne numery fanzinu Celacanto, który współtworzą wszyscy chętni autorzy z całego świata (komiksowi i niekomiksowi). Był albatros, który jest w nazwie wydawnictwa (pisałem o swoim uczestnictwie w tym numerze Celacanto tutaj), teraz będzie wilk iberyjski- pomysł na historyjkę nieświadomie podsunął mi Marc. A już myślałem, że nic nie wymyślę. Uff. Czas do końca listopada.

Prezentacja Qual albatroz


Kolacja z...

Marc i João to przyjaciele, więc zaprosili mnie wieczorem na kolację. Jedzenie było przepyszne, towarzystwo przemiłe, no i miałem okazję zobaczyć gabinet João, z którego kilka zdjęć poniżej. João jest niepoprawnym fanem księżycowego Tintina- ma nawet książki, z których Hergé korzystał przy rysowaniu konkretnych kadrów.

Kolacja ze Smutnymi Chłopcami


Wystawa polska- komiks

Prace wystawione w Amadorze to w dużej mierze to, co pojechało do Włoch w zeszłym roku. Rzeczy znane z wystaw i konkursów w Łodzi. Poniżej dla celów faktograficznych pełna (mam nadzieję) lista:

1. Panel nr 1. Zbigniew Lengren: Profesor Filutek
2. Panel nr 4: Maciej Mazur: Włócznia Ottona (scen. W. Birek)
3. Panel nr 5: Maciej Mazur: Batard de Cosigan (scen. Fabien Cerutti),
4. Panel nr 8: Mirosław „Miras” Urbaniak
5. Panel nr 9: Mirosław „Miras” Urbaniak, „London”
6. Panel nr 10: Ireneusz Konior, Fisherman Story
7. Panel nr 12: Henryk Jerzy Chmielewski („Papcio Chmiel”), Tytus, Romek i A’Tomek
8. Panel nr 14: Jakub Rebelka
9. Panel nr 16 (poniżej po lewej): – Agata Nowicka „Endo”
10. Panel nr 17: Szarlota Pawel …
11. Panel nr 19: Marek „Turu” Turek: „Venition” + Clown
12. Panel nr 20 (poniżej po lewej): Krzysztof Gawronkiewicz, Achtung Zelig! i Kinoman
13. Panel nr 21: Krzysztof Gawronkiewicz, Esencja (scen. Grzegorz Janusz) i Krzesło w piekle (scen. Dennis Wojda)
14. Panel nr 22: Tadeusz Baranowski: Skąd się bierze woda sodowa? i Antresolka Profesorka Nerwosolka
15. Panel nr 26: Janusz Christa, Kajko i Kokosz
16. Panel nr 27: Janusz Christa, Kajtek i Koko w kosmosie
17. Panel nr 28: Robert Adler, 48 Stron (scen. Tobiasz Piątkowski)
18. Panel nr 29: Piotr Kowalski, Gail
19. Panel nr 30: Piotr Kowalski „La branche Lincoln”, scen. E. Herzet
20. Panel nr 31: Tomasz Lew Leśniak, Jeż Jerzy
21. Panel nr 32: Tomasz Lew Leśniak, Tymek i Mistrz + Opowieści ku przestrodze
22. Panel nr 33: Sylwia Restecka, Ucho, Diabeł, Sen o Warszawie
23. Panel nr 35: Michał „Śledziu” Śledziński, Osiedle Swoboda
24. Panel nr 36: Michał „Śledziu” Śledziński, „Parish”
25. Panel nr 37: Przemysław „Trust” Truściński, Z przyczyn społecznych, Lalki i W hołdzie Thorgalowi
26. Panel nr 037a: Przemysław „Trust” Truściński, …? - 4 reprodukcje
27. Panel nr 40: Bartosz Minkiewicz
28. Panel nr 41: Krzysztof Wyrzykowski - Lalki
29. Panel nr 43: Jacek Frąś, Glinno
30. Panel nr 44: Benedykt Szneider, Diefenbach
31. Panel nr 46: Aleksandra Spanowicz, Pieśni syren
32. Panel nr 48: Paweł Zych, Życie to nie bajka i Królik zagłądy
33. Panel nr 49: Marek Lachowicz, Grand Banda
34. Panel nr 51: Marek Oleksicki, Odmieniec
35. Panel nr 52: Rafał Szłapa, „Fabiola” + Sierpniowa Niobe
36. Panel nr 54: Dagmara Matuszak, Melinda
37. Panel nr 55: Dagmara Matuszak, Melinda
38. Panel nr 59: KRL – Karol Kalinowski, Liga Obrońców planety Ziemia (2 pl.), Super Damian
39. Panel nr 61: Tomasz Tomaszewski, Biofobie + Senne miasto
40. Panel nr 62: Krzysztof Ostrowski, Plastelina
41. Panel nr… Zbigniew Kasprzak
42. Panel nr… - Kas nr 2;
43. Panel nr… - Kas nr 3;
44. Panel 76: Daniel Grzeszkiewicz, Dziwny Sen Spielberga
45. Panel 77: Daniel Grzeszkiewicz, Dziwny Sen Spielberga
46. Panel 84: Daniel Grzeszkiewicz, Autoportret z końcem... + ilustracja
47. Panel nr 88: Bogusław Polch, Funky Koval
48. Panel nr 89: Bogusław Polch, Funky Koval
49. Panel nr 90: Bogusław Polch, Ekspedycja
50. Panel nr 100: Andrzej Janicki, Pustka i Przypadek Rajmunda K.
51. Panel nr 101: Andrzej Janicki, Wiatr Wolności, W hołdzie H.R. Gigerowi
52. Panel nr 102: Janusz Wyrzykowski, Pierwsza Brygada
53. Panel nr 104: Arkadiusz Klimek, artwork, Wielkie Łuki, Slavia i Yrmina
54. Panel nr 105: Arkadiusz Klimek
55. Panel nr 106: Jerzy Wróblewski, Binio Bill + Podziemny front
56. Panel nr 108: Jerzy Skarżyński, Janosik
57. Panel nr 109: Mateusz Skutnik, Rewolucje
58. Panel nr 112: Jakub Woynarowski, Historia ogrodów
59. Panel nr 120: Sławomir Kiełbus, parodie filmów i komiksów narysowane dla magazynu Chichot
60. Panel nr 121: Ryszard Dąbrowski – Likwidator i Matołek

Łącznie 43 autorów w przeróżnych pracach. Podpytywałem jaki był odbiór przez publiczność i był dobry. Kilka rzeczy zrobiło spore wrażenie. O sporym zainteresowaniu świadczy duża liczba odwiedzających zarówno w sobotę jak i w niedzielę, kiedy to zajrzałem sobie na wystawę. Szkoda, że katalog dojechał dopiero na jej koniec. 250 sztuk zniknęło w chwilę. Kiedy poszedłem wziąć jedna sztukę dla siebie, miałem wybór z zaledwie 4 egzemplarzy! W katalogu znalazł się wstęp autorstwa Wojtka Birka oraz biogramy prezentowanych twórców (trójjęzyczne wydanie pl/eng/pt). Dodatkowo zrobione były tłumaczenia wystawianych plansz na portugalski, ale chyba trochę późno dostarczyliśmy tekst tłumaczenia i nie wyeksponowano ich w żaden sposób. Praca tłumaczeniowa (ogromne podziękowania za korektę dla Carlosa Romualdo) nie poszła jednak na marne, bo wystawą zainteresował się pewien brazylijski festiwal i prawdopodobnie nasi eksportowi Polacy polecą do Curitiby, a kto wie czy wraz z nimi nie jakaś delegacja.

Wystawa Polska


Rui Lacas

Ten pan pojawi się najprawdopodobniej na warsztatach City Stories w kwietniu w Łodzi. I bardzo dobrze. Pisałem o jego komiksie tutaj, będę drążył temat publikacji dwóch jego wcześniejszych albumów. Rui Lacas jest jednym z tych kilku Portugalczyków, którzy wydali na festiwal nowy album. Tym razem nie jest to typowa dla niego historia obyczajowa, a komediowe (na pierwszy rzut oka) s-f. Wystawa świetna, zwróćcie uwagę na głowę dzika. Pierwsza jaką w Amadorze obejrzałem. Wystawa i głowa. Na oryginalnych planszach widać warsztat twórcy i nareszcie wiem skąd wzięły się w dymkach jego wcześniejszych komiksów jakieś linie. Wyglądało to trochę na niechlujstwo autora, potem pomyślałem, że to linie, żeby równo wpisać tekst. A są to niewymazane (celowo?) szkice ołówkowe z obrazka „pod” dymkiem. I za to lubię wystawy- na oryginalnych planszach można się przyjrzeć szczególikom, które często znikają w druku, albo się je usuwa. Na wystawie oryginału jesteśmy najbliżej tego, co autor stworzył.

Rui Lacas


Rei...

...czyli król. Komiks, który do scenariusza Ruia Zinka narysował António Jorge Gonçalves (o innym komiksie autora tutaj). Ten album narodził się z podróży dwójki autorów do Japonii. Rzecz intrygująca, podobnie jak aranżacja wystawy: najfajniej wypada zainscenizowany korytarz z okienkami samolotowymi, przez które widać chmurki. Na zdjęciu moim za to nie widać wizualizacji, na której przelatują obrazki z komiksu, ani nie słychać muzyki, która była „mdła”. Idealne połączenie elementów, żeby wzbudzić w kimś odruchy choroby lokomocyjnej.

Rei


Wystawa konkursowa:

Zaledwie kilka zdjęć. W zasadzie 80% fotek to plansze ze zwycięskiego komiksu :-)

Konkursowa


Mucha i Fórmula

Czyli David Soares, Nuno Freitas i Osvaldo Medina. Komiks Mucha jest horrorem, część muszej wystawy również. Na taka muchę nie ma łapki. A po drugiej stronie kontrastuje z tym bzyczeniem utrzymany w ładnych pastelach komiks A fórmula da felicidade. Nie wiem o czym to, bo nie czytałem, ale postaci są antropomorfizowanymi zwierzakami. Komiks nominowany do tegorocznych nagród. Chyba o poszukiwaniu wzoru na szczęście. Brzmi dobrze, prawda?

Mucha_Formula


20 lat FIBDA...

...czyli minęło jak jeden dzień. Oryginały prac, które posiada Krajowe Centrum Komiksu i Ilustracji w Amadorze (CNBDI), czyli kilku naszych znajomych. Ta część wystaw również miała prezentację video, z której nic nie było słychać. Jak wszedłem, to akurat JCF coś opowiadał.

20 lat FIBDA


Spacerkiem...

...czyli kilka zdjęć z włóczęgostwa.

Spacery


Z tej krótkiej wyprawy do Portugalii pozostały świetne wspomnienia towarzyskie i komiksowe. I coś jeszcze... Pusty portfel. Pamiętam jak kiedyś zdarzało się wracać z wakacji na oparach, z jakimiś groszami ostatnimi w kieszeni. Tym razem było podobnie. Bogatszy o doświadczenia, nowych znajomych z 1,30 w kieszeni. A teraz do pracy, żeby przy okazji wizyty grudniowej dokupić sobie trochę makulatury komiksowej.

qba- the impossible portuguese warrior

pssst! pobudka! :-)

sobota, 31 października 2009

666 4ever- po koncercie nuty na dziś: Point me to the sky above, I can't get there on my own, walk me through the graveyard, dig up her bones!







qba- the impossible music warrior

czwartek, 29 października 2009

...jednym zdaniem/jednym słowem...poeMeFKowe i odczerwcowe



90 najważniejszych książek dla ludzi, którzy nie mają czasu czytać- jeśli rzeczywiście nie macie czasu na czytanie, albo macie mało, to nie marnujcie go na to... coś.



Muchy- nieznośne bzyczenie.



Kontrakt rysownika- w tym kontrakcie jest haczyk.



Antologia prac konkursowych 20 MFK- Ex wymarły gatunek, Głód, Rytuał, Ostra biel, Czer%wo%ny..., Fajerwerki, Stella, Zupa, Jawa, Jednostka nieprzystosowana, Odmiana przez pRzYpAdKi :-)



Contur Story- więcej niż kontury.



City Stories#4- ciągnie się jak spaghetti z olejem.



Antologia w hołdzie Tadeuszowi Baranowskiemu
- Jakub Woynarowski.



Hellblazer#4: płomień potępienia- kapitalna pierwsza historia-wprowadzenie, świetne okładki, ale płomień przygasa z każdą stroną...



Ibikus
- malowniczy.



Skin- nałóż czapkę skinie.



Mucha- gdzieniegdzie siada.



Karton#1- wątpliwej jakości.



Popman mix- musiszmieć.



Łauma- łaułma!



Hmmarlowe- sympatycznofajne.



Solanin#1- Basket Case.



Ziniol#6- listonosz jeszcze nie...



RG#1- dobre czytanie.



Opowieści z hrabstwa Essex- ani jednym słowem się nie da, ani jednym zdaniem, a zatem jak przeczytam drugi raz, to coś skrobnę.



Maksym Osa- zdrówko!



Stój...- czytaj powoli, bo Jason tworzył ten komiks powoli.



Wartości Rodzinne#3- bezwartościowe.



Życie w obrazkach- jak dla mnie pomiędzy Umową z Bogiem i Nowym Jorkiem.



Lucyfer#4: boska komedia- ja czuję zapach siarki, a Wy?



Landru- jak dla mnie sporo za Prosto z piekła i Torso.



Ratownik- nie potrzebuje koła ratunkowego.

qba- the impossible medieval warrior

niedziela, 25 października 2009

666- pożegnanie ze sceną





W bardzo odległym sierpniu 2002 roku byłem w miejscowości Szczyrk. W dniach 16-17 odbywał się tam Festiwal Pozytywnej Energii- I Szczyrkowski Przegląd Muzyki Niegóralskiej. Jeden dzień z reggae, drugi z HC. Drugiego dnia na scenie wystąpił między innymi zespół 666 Aniołów. Chwilę wcześniej towarzystwo mieszane, złożone z muzyków Aniołów i Schizmy, posilało się przy tym samym stoliku, przy którym siedzieliśmy. Wstyd się przyznać, ale nawet nie poznałem kto zacz- na swoje usprawiedliwienia mam tylko to, że byłem szczawikiem z pogłębiającą się wadą wzroku. 17 sierpień- to był dzień, w którym pierwszy raz zobaczyłem na scenie 666 Aniołów. Zupełnie nieświadomy tego, o co im chodzi, jaką mają zajawkę etc. Pamiętam za to dokładnie, że ktoś z publiki w przerwie rzucił żartem tekst „ej, ale zagrajcie coś Misfitsów”. Żart, który zrozumiałem dopiero wtedy, kiedy The Misfits poznałem. I kiedy, chyba ze dwa lata temu, usłyszałem muzykę Aniołów ponownie. W prezencie urodzinowym w zeszłym roku dostałem „Vol. 138” (reedycja) i jest to płyta, której nadal słucham z taka samą częstotliwością jak na początku. Prawie równo rok temu kupiłem sobie „Czarcilok” i nadal mam go na eMP3ku. Na tym samym, na którym wrzuciłem sobie kompilację The Misfits. Podczas Halloween Night w CDQ w zeszłym roku pierwszy raz skakałem ze sceny na koncercie Aniołów i był to jeden z najfajniejszych koncertów na jakim byłem (w tym samym CDQ widziałem po raz drugi w życiu koncert Something Like Elvis, promujący płytę "Cigarette smoke phantom" i to jest chyba najlepszy koncert na jakim w ogóle w swoim życiu się pojawiłem). W tym roku będzie w Warszawie przedostatnia okazja, żeby pobawić się z Aniołami na żywo. Kolejna dzień później, w Bydgoszczy. No chyba, że to żart chłopaków, ale przecież bliżej nam w tej chwili do Halloween, niż do Prima Aprilis. W Warszawie zatem być muszę na tym piątkowym ostatnim pożegnaniu, po to też, żeby przedłużyć sobie po wczoraj zakończonym Horrorfestiwalu upiorne doznania.



Z jednej strony zawsze szkoda, kiedy jeden z ulubionych zespołów kończy karierę (to samo miałem z Illusion, Tuff Enuff i kilkoma innymi), ale z drugiej strony, formuły się wyczerpują i trzeba szukać nowych rozwiązań (np. Tuff i Illusion połączyli się w bardzo przyjemny dla mojego ucha Lipali). Zespół 666 Aniołów, cover band The Misfits, z góry miał to „wyczerpanie się formuły” wpisane. Po cichu jednak liczyłem, że nagrają jeszcze jeden album, ze swoimi oryginalnymi tekstami utrzymanymi w stylu opowiastek grozy. Nic to, pozostaje teraz The Cuffs, który z całą pewnością coś misfitsowego na koncercie będzie przemycać.

qba- the impossible horror warrior

piątek, 16 października 2009

Horrorfestiwal 2009- czy trzeba jeszcze kogoś namawiać na TRZY dni krwi?



Freddy zaprasza! I choć najnowszy film z jego cudownymi przygodami zadebiutuje w kinach trochę później, to Fred będzie duchem na festiwalu obecny :lol:

qba- the impossible horror warrior

wtorek, 13 października 2009

Nadlatuje Mucha

Niedawno zakończył się nasz Międzynarodowy Festiwal Komiksu (i Gier), na którym premierę miały dwa komiksy o muchach (Muchy i Mucha). Wśród komiksów portugalskich znam jeden o tym nieznośnym insekcie, BZzzT! Richarda Camary, który chwilowo mi zaginął gdzieś na linii między dwoma wydawcami. Jest to komiks niemy, który opowiada o pojedynku muchy i żaby. Jest ostro i ciekawie od strony formalnej- Richard Câmara eksploruje koncept ruchu i próbuje uchwycić go na różnych poziomach, żonglując elementami tworzącymi przekaz komiksowy. Onomatopeje i linie kinetyczne poszły w ruch dosyć ostro. Autor, z tego co się orientuję, stworzył kilka wariacji tej historyjki. Wspominam o nim nie tylko z powodu muchy-bohatera, ale jeszcze z dwóch innych. Raz: w przyszłym roku powinien ukazać się na naszym rynku jego komiks pt. O Capuchinho Vermelho na versão que as crianças gostam mais (Czerwony Kapturek w wersji, którą dzieci bardziej lubią). Dwa: następny portugalski wpis będzie dotyczył pewnej ciekawej inicjatywy, w której autor brał udział. Tymczasem możecie poszperać na dwujęzycznym blogu autora, a ja przechodzę do meritum.

Zbliża się kolejna edycja największego portugalskiego festiwalu komiksowego, który odbywa się w podlizbońskiej Amadorze. MFK pozostaje w kontakcie z organizatorami tamtejszego festiwalu już od jakiegoś czasu. Po początkowym badaniu terenu i wizytach, oba festiwale przeszły do czynu, czego efektem było zaproszenie delegacji portugalskiej na zeszłoroczne eMeFKa i prelekcja Pedro Moury o komiksie portugalskim. W tym roku Portugalczyków w Łodzi nie było, ale za to będą Polacy w Amadorze. MFK przygotowało zbiorową wystawę prac polskich autorów. Bazą były prace wysłane na festiwal we włoskiej Lucce w zeszłym roku. Do tego dobrano jeszcze kilka prac i stworzono dosyć reprezentatywną próbkę tego, co w komiksie polskim piszczy. Ale znowu zboczyłem z tematu...



Celem tego wpisu miała być prezentacja pewnego komiksu, na który ja bardzo niecierpliwie czekałem. Z przynajmniej dwóch powodów. Raz: w Portugalii wydaje się w ostatnich latach niewiele komiksów portugalskich. Dwa: scenariusz napisał, po długim rozbracie z komiksem na rzecz literatury (próbki tłumaczeń fragmentów powieści Konspiracja Przodków i Lizbona Triumfująca można przeczytać także w piśmie Lampa), David Soares (ten od Mr. Burroughsa, który chyba nigdy u nas nie wyjdzie...; tymczasem pewien naukowiec nawet poświęcił swój esej temu tytułowi w pewnej publikacji akademickiej, pisząc tak: «surrealist, nightmarish reconceptualization (...) flattering to the comics form, seen as it is by many as a cross between literature and the visual» (pg. 101).). I zgadnijcie jaki ma tytuł ten komiks? Mucha. To od 6 lat, od komiksu A Última Grande Sala de Cinema, pierwszy album sygnowany przez Davida Soaresa (w tym czasie David stworzył na polu komiksowym niewiele, jedną z prac jest krótka historia Rei Arenque/Król Śledź, którą do jego scenariusza zilustrował... Richard Câmara; komiks ten opublikowano w katalogu siedemnastego festiwalu w Amadorze, a następnie w jedenastym numerze hiszpańskiego pisma Barsowia). Muchę zilustrowali Osvaldo Medina i Mário Freitas (nominowani w tym roku do nagród w kategorii rysunku, scenariusza i najlepszego komiksu roku za album A Fórmula da Felicidade/ Formuła Szczęścia- jak pojadę niedługo do Portugalii, to sobie w końcu upoluję ten tytuł...). Jest to historia utrzymana w ulubionym klimacie autora, czyli klasyczny horror, bardzo... organiczny. David Soares pisze, że styl rysunku nawiązuje do dokonań spod szyldu EC Comics, a sam komiks ma przerażać i dawać do myślenia. Podczas najbliższego festiwalu w Amadorze odbędzie się prezentacja Muchy, dokładnie dnia 24 października, w godzinach popołudniowych (bodajże około 16) czyli „w godzinach kiedy muchy się uspokajają z powodu spadku poziomu cukru”. Będą i autografy, chciałbym tam być i ja, żeby zdać Wam relację fotograficzno-słowną. Wszystko zdecyduje się na dniach. Tak czy inaczej, wypatrujcie tej Muchy, bo prędzej czy później przysiądzie na tym blogu.







qba- the impossible medieval warrior

czwartek, 8 października 2009

MFK 2009- wybiórczo



W tym roku planowałem w Łodzi być od soboty rano, a zatem tak jak w 2008. Niestety dotarliśmy do ŁDK-u dopiero na godzinę 14 (fatalne połączenia PKP- gdybyśmy chcieli być na otwarcie, to po obejrzeniu piątego sezonu Trawki- cały sezon w jeden wieczór- musielibyśmy wychodzić z domu...), po odebraniu wejściówek poszliśmy do Chińczyka, na giełdę i na 3 sobotnie spotkania.

Dominik Szcześniak dobrze przygotował się do rozmowy z Peterem Milliganem. Było szczegółowo, rzeczowo, ciekawie. A mtz i tak drzemał, bo dopadło go lekkie zmęczenie. Nie wiem jak jego kciuk wytrzymał te dwa dni, bo taką liczbę esemesów jaką puścił w 48 godzin, ja wysyłam przez tydzień, albo i dwa :-). To była jego pierwsze eMeFKa, ale bardzo szybko opanował klasyczną postawę fana pogrążonego w lekturze zakupionego na giełdzie komiksu. Wracając do spotkania z Peterem Milliganem- bardzo podobało mi się prowadzenie: przygotowanie merytoryczno-faktograficzne, brak epatowania własną osobowością ze strony prowadzonego. Dominik kilka razy zaskoczył Petera, który musiał chwilkę pomyśleć, aby przypomnieć sobie jakiś szczególik ze swoich prac. Ogromny plus.

Całkowicie drugi biegun to niestety rozmowa z Grzegorzem Rosińskim. Postanowiłem zostać na przytulnej sali kinowej i w oczekiwaniu na Ivana Bruna posłuchać naszego mistrza. I żałuję. Najdelikatniej pisząc to była kompromitacja i żenada. Począwszy od wejścia na scenę w płaszczu i z jakąś siatą, tak jakby od niechcenia i całkowicie pRzYpAdKiEm pan Grzegorz w eŁDeKu się znalazł, poprzez pretensjonalny sposób odpowiadania na pytania w stylu ale-czego-wy-chcecie-dajcie-mi-spokój-nie-chce-mi-się-na-to-pytanie-odpowiadać-i-ogólnie-to-mało-mam-do-powiedzenia-i-jeszcze-nie-chce-mi-się, a skończywszy na miejscami fatalnym poczuciu humoru. Może pan Grzegorz chciał być taki młodzieżowy i wyluzowany? Bo chyba nie był sobą.

Zabrakło trochę dynamiki na spotkaniu z autorem Bez komentarza (to jest jeden z lepszych zagranicznych tytułów, z jakim miałem do czynienia jak do tej pory w 2009 roku), Ivanem Brunem, który wyglądał na zmęczonego i/lub zestresowanego (szkoda, że nikt nie zaprosił jego kapeli, żeby zagrali po gali w Manufakturze :-)). Myślę, że trochę zawiniła tu też tłumaczka. Jak twierdzi mtz tłumaczyła nawet ok, ale kompletnie wykładała się na wiedzy komiksowej, myląc tytuły komiksów z tytułami czasopism. Na całe szczęście Szymon Holcman czuwał- kilka razy reagował i uściślał. Ale zastanawia mnie, dlaczego tłumaczka chociaż minimalnie się nie przygotowała do spotkania? Kiedy sam idę tłumaczyć, zawsze staram się poprzeglądać słownictwo, fakty, jakieś informacje związane z tematem tłumaczenia. Bez tego, to tak jakby pójść na rozmowę o pracę do firmy, o której się nic nie wie. Sam Ivan Brun jest bardzo niepozorną postacią. Na gali mignął mi tylko, skromnie rozpływając się w tłumie. Sprawia wrażenie człowieka, który woli aby jego komiksy mówiły za niego. Czekam zatem na jego kolejne tytuły w polskim wydaniu.

No, a potem krótka wizyta na wystawie prac konkursowych, na której podziwialiśmy prace naszej kuzynki w roli kolorystki. Nagrody nie zdobyła, ale zaznaczyła swoją obecność. Bardzo się cieszymy i gratulujemy. Całość pracy Ministranci (scen. Tomasz Gazda, rys. Antek Serkowski, kol. Natalia Gościniak) do wglądu w katalogu prac konkursowych. Na wystawie zaprezentowano połowę historyjki, którą możecie podejrzeć na zdjęciach w pokazie slajdów.

W pokazie slajdów są też dwie inne prace, z których jedna zaciekawiła mnie kompozycją plansz (nie pamiętam autora niestety...; tytuł to I know what you cooked last summer), a druga zaintrygowała oszczędną formą i małym eksperymentem made by Łukasz Ryłko. Szkoda, że katalog nie obejmuje wszystkich prac, które pojawiają się na wystawie.

A po wystawie udaliśmy się na galę. Nie wiem czy autobus festiwalowy rzeczywiście jeździł. Nam nie udało się na niego trafić, więc spod eŁDeKu poszliśmy piechotką. Przypomniała mi się moja wyprawa sprzed roku- wtedy na galę było równie daleko i również towarzyszył mi Szymon (brat Natalii kolorystki). Dotarliśmy na miejsce około 20:40 i było fajnie. Wszyscy mi mignęli, prawie z nikim nie porozmawiałem dłużej, sporo ludzi sprawiało wrażenie, że się gdzieś spieszy. Niespiesznie postępowała tylko kolejka do piwa, co było sygnałem do szybkiego odwrotu.

Niedziela zaczęła się od Sympozjum, które pozostało z boku całego festiwalu. W programie drukowanym była zaledwie wzmianka na samym końcu, a we wcześniej publikowanych informacjach o programie eMeFKi nawet tej wzmianki nie było. Niektórym odpowiada ta niszowość Sympozjów, mi powoli przestaje się podobać. Sympozjum powinno walczyć zarówno o zainteresowanie komiksem kręgów naukowych, jak i kształcić przeciętną festiwalową publiczność. Zupełnie niepotrzebna była cała zadyma, po której kilku autorów zapowiedziało bojkot festiwalu. Wypowiadałem się już na ten temat na blogu KaeReLa- zabrakło przemyślenia tematu i zdrowego podejścia. Sympozjum to nie jest tylko Krzysztof Skrzypczyk, który ma swój pogląd na pewne sprawy i swoje własne zdanie, z którym nie wszyscy się zgadzają. Niewielu jednak z jego oponentów postanowiło pojawić się w niedzielę, aby posłuchać nie tylko jaką postawę reprezentują poszczególni uczestnicy, ale choćby po to, aby dać bezpośredni odpór wygłaszanym przez Krzysztofa krytykom. Ja również z wieloma jego ocenami polskich młodych autorów się nie zgadzam, ale o tym za chwilę. Dziwi mnie to histeryczne podejście do tematu, rozdzierani szat, protestowanie, a potem całkowite zlanie tematu. Czy jest lepsza możliwość na dyskusję niż stanięcie twarzą w twarz i kulturalne uzasadnienia swoich racji? Sympozjum taką możliwość daje. A osoba Krzysztofa SkrzypczYka (nie SkrzypczAka), otwartego na dyskusję, jest tam co roku, aby zmierzyć się z adwersarzami. Tylko gdzie są w czasie trwania sympozjum „książeta obiektywizmu”? Nic nie sugeruję, wystarczy poczytać o szampańskiej zabawie tu i tam. Tak, oczywiście, bo szkoda czasu na wyjaśnienie spornych kwestii. Lepiej okopywać się na swoich pozycjach, pogłębiać podziały istniejące, albo tworzyć nowe. I ironicznie wiwatować podczas gali. Tylko po co?

Tezy zawarte w eksplikacji, o której treść głównie poszło, zostały przez wielu wzięte za główne „zadanie” sympozjum, podczas gdy są osobistym zdaniem Krzysztofa Skrzypczyka. Wystarczyło być na którymkolwiek z dotychczasowych sympozjów, albo przeczytać którąkolwiek antologię (abstrahuję tutaj od ogólnego poziomu tych antologii, bywało różnie), aby się o tym przekonać.

Na tegorocznym sympozjum nie wystąpiłem, gdyż wyznaczono mnie na sam koniec, a obrady się przedłużyły i musiałem wyjść, żeby załatwić jeszcze ważne sprawy związane z wystawą komiksu polskiego na Festiwalu w Amadorze (mam nadzieję, że załapię się do delegacji :-) tylko tłumaczenia muszę skończyć na czas) i wrócić do Warszawy, gdzie czekała na mnie praca. Nie zaprotestowałem więc publicznie przeciw kilku stwierdzeniom, które padły w wystąpieniach prelegentów i głosach komentarza ze strony Krzysztofa i publiczności.

Problem Likwidatora powraca jak bumerang, był obecny i na tym sympozjum. Ryszard Dąbrowski mimo namów nie zdecydował się przyjść. Szkoda. Akurat referat o jego komiksie robił wrażenie, gdyż spróbował ten tytuł krytycznie i obiektywnie ocenić czytelnik, który komiks lubi. Zadał sobie jednak wysiłek wytknięcia komiksowi braków. Podobnie zrobił Krzysztof Skrzypczyk w tekście Mniemany magnetyzm masakry opublikowanym jakiś czas temu w piśmie [fo;pa]. Nie będę się tutaj rozpisywał o mojej ocenie Likwidatora, w sposób zawoalowany dałem już odpowiedź w artykule, który ukazał się w ZK#8 (Komiks a władza).

Pierwszy kamyczek do ogródka naukowców: nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że w Likwidatorze nie ma ewolucji warstwy plastycznej, a taka teza padła. To spora nieścisłość, która nie przystoi komiksologom. Likwidator to na początku konturowy rysunek, potem bardziej zaokrąglony i pełniejszy, w odcieniach szarości i z jednorazowym romansem w kolorze. Ktoś się tutaj zagalopował w dyskredytowaniu tego komiksu.

Drugi kamyczek: dzieło nie istnieje bez odbiorcy. Chcemy czy nie, to czytelnik w części nadaje wartość danej realizacji. Czytelnik ja dopełnia, zapewnia byt na rynku. Dlatego też nie zgadzam się z niska oceną roli pisma Produkt, które Krzysztof pośrednio i w sposób nie poparty żadnymi merytorycznymi argumentami, przypisał do nieudanych/nieudolnych realizacji komiksowych. Po pierwsze: Produkt to wiele serii, spora różnorodność. Po drugie: to pismo o sporym oddziaływaniu, którego twórcy nadal są obecni na naszej scenie komiksowej. Po trzecie: to pismo, które utrzymało się na rynku stosunkowo długo. Jeśli chcemy na poważnie rozmawiać o komiksach, to nie możemy sobie pozwolić na tak lapidarne oceny, bez poparcia odpowiednimi argumentami. Nie na spotkaniu rangi sympozjum.

Trzeci kamyczek: w swojej zapalczywości Krzysztof popełnił jeszcze jedno bardzo nieprofesjonalne nadużycie. Słusznie podkreślił ogromną wartość pracy Jakuba Woynarowskiego, która znalazła się w antologii/hołdzie Tadeuszowi Baranowskiemu. To bardzo oszczędna, przemyślana praca, w której zawiera się esencja Baranowskiego. Plansza, na której widzimy linie kinetyczne wskazujące ruch niewidzialnej postaci. Kto zna twórczość pana Tadeusza, zobaczy tutaj Kangura spadochroniarza, bez pudla poczuje się swojsko w naturze à la Baranowski. Również linia kinetyczna przywodzi na myśl te plansze komiksów naszego mistrza, które czytamy nie standardowo od lewej do prawej, ale zgodnie z ruchem najważniejszej w danej scenie postaci. Plansza jest genialna w swojej pozornej prostocie. Tej pracy Krzysztof przeciwstawił rysunek Ryszarda Dabrowskiego, mówiąc (cytuję z pamięci) „a u Dąbrowskiego flaki, krew...”. Żadnych flaków nie ma. Krwi też. Jest rysunek, który klimatem nawiązuje do Likwidatora. I tak jak rysunek Woynarowskiego jest nie do pomylenia z innym autorem.

Ogólnie bardzo podobało mi się wystąpienie mojego imiennika. Pokazał sporo prac, które o komiks zahaczają, które z komiksu czerpią. Swego czasu też takich prac poszukiwałem. To była wartościowa prezentacja, teraz czekam na Antologię tekstów drukiem.

No i festiwal dobiegł końca. Szybki pobyt na spotkaniu Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego, którego członkiem mam zamiar się stać, a o którym już rozmowy toczyły się wiele razy, ostatnio chyba 1,5 roku temu. Spotkanie się przedłużyło i Nicka Abadzisa już nie zdążyłem upolować.

Mimo deszczu wato było przebić się na wystawę prac Willa Eisnera. A potem w pociąg i do domu. Mimo wszystko, podobało mi się. Jutro na zakupy komiksowe i w nawiązaniu do eMeFKi jeszcze będzie tylko jeden wpis jednym zdaniem, kiedy uporam się lekturami. W uzupełnieniu relacji, kilka opisów z innych miejsc w sieci oraz pokaz slajdów. Miłego czytania i oglądania.



Motyw Drogi

Kolorowe Zeszyty 1

Kolorowe Zeszyty 2

Pub pod Picadorem

Polter

qba- the impossible medieval warrior