niedziela, 8 stycznia 2012

Najprzypadniejsze komiksy roku 2011

2011 - piękny komiksowy rok, który upłynął mi pod znakiem głównie polterowej działalności. Ta zmobilizowała mnie też do pRzYpAdKoWaNia częstszego (niż w 2010), acz może mniej treściwego. Tradycyjnie już postanowiłem napisać o komiksach najlepszych w danym roku. To te tytuły, które przy każdej przeprowadzce sobie zostawię i nie sprzedam tylko ze względu na zbyt dużą ilość innych rzeczy do przeprowadzenia. Zaczynamy:

Polska: Czasem, Scientia Occulta, Uczeń Heweliusza, Fotostory, Szkicownik KRLa, Rewolucje #6, komiksy Sławomira Lewandowskiego, Jazda!, The Very Best Off The Ziniols


Mam nadzieję, że niczego nie pominąłem. Ewentualnie dodać do tej listy można jeszcze Szelki i Nienawidzę ludzi.


Jeśli chodzi o ziny, to czytam je sobie zrywami. Czasami po prostu nie mam ochoty przebijać się przez na ogół hermetyczne żarty, a czasami mam. Zin Łukasza Kowalczuka przyciągnął mnie tytułem, a od tej hermetyczności jest w zasadzie wolny. O ile pierwszy numer był nierówny, to drugi kopie w głowę całościowo. Będę zrzędził o tę kopertę, której brak przy dwójce, ale to takie tam pierdolety nie ma co aż tak bardzo się świgać, choć forma edytorska i jakiś fajny pomysł na nią podnoszą zwykle moją ocenę danej publikacji. Dwójka Nienawidzę jednak nie potrzebuje ozdobników. Przyznaję, że najbardziej trafiają do mnie bezpośrednio związane z tytułem opowiastki z hc morałem – o ściąganiu muzy z netu, o niesprzątaniu psich kup. A propos tych kupali, które czworonogi walą gdzie popadnie, co szczególnie przeszkadza w dużym mieście, to widziałem i czułem jedną gorszą rzecz, niż polskie pełne kasztanów ulice – w Wiedniu na ten przykład natrafiłem raz na ogromny plac-piaskownicę, ogrodzony, który służył psiakom za łazienkę. Wyobraźcie sobie tylko ten zapach, który roznosił się w okolicy… W Budapeszcie było jeszcze ostrzej – plac-piaskownica była czymś rozmiarów kilku kuwet. Tam koncentracja dobroci była jeszcze… bardziej skoncentrowana. No więc konkludując - bardzo podoba mi się podejście do tematu takich drażniących „koszmarków” autora Nienawidzę. Niby skromnych rozmiarów broszurka, ale pełna bezkompromisowych treści.

Z publikacji DIY jest jeszcze Sławomir Lewandowski i jego „zeszytówki”. Idea zeszytówki jest naprawdę fajna, bo takie komiksy czyta się dobrze w drodze, nie kosztują dużo i łatwo do nich wrócić. Sławomir Lewandowski będzie bohaterem większego arta, przed którego rozpoczęciem odbywam aktualnie długie sesje koncepcyjnego myślenia, ale w podsumowaniu należy mu się miejsce honorowe, bo absurdalne i przewrotne historyjki z Dzikiego Zachodu, czy też podobne w wymowie, powiedzmy, Problemy, zdały mi się bardzo świeże. Niby takie wykrzywianie rzeczywistości już „gdzieś tam” było, ale mam wrażenie, że u Lewandowskiego przybiera ono formę bardo dostępnego, choć ostro porypanego, komiksu, który jest „kontestujący”, niezależny, ale może też dotrzeć do publiczności nie przegrzebującej undergroundu komiksowego. Czyli klasyczny komiks „w rozkroku”, podczas lektury którego można śmiać się do rozpuku i z niedowierzania na zmianę. Do tego jeszcze bardzo udana forma zeszytówki – bez blogowych akcji, bez szumnego nakładu. Jak autor udźwignie wysoko postawioną w 2011 poprzeczkę?


Co do Szelek, to napiszę tylko, że nie czekałem specjalnie na kontynuację Szminki, ale… Szminkę zapamiętałem jako pretensjonalny albumik, niepotrzebnie epatujący skrzywieniami seksualnymi i przemocą. Opinia ta zupełnie zmieniła się po latach (wytnij słowo „niepotrzebnie”, reszta pozostaje), kiedy po Szelkach postanowiłem sobie Szminkę przypomnieć. Krwawa, mięsista historyjka w oparach dymu papierosowego. Krwawy thriller. Szelki można sobie przeczytać bez znajomości Szminki. Wtedy wejdziemy niejako w historię zabójcy gdzieś w środku całego zamętu. Ja bardzo lubię takie kaskaderskie popisy – tzn. np. oglądanie filmu od 34 minuty, dajmy na to, kiedy muszę sobie sporo rzeczy zrekonstruować, żeby wiedzieć „o co cho”. Siła Szelek tkwi w tej niezależności i zależności fabularnej jednocześnie, w ciekawie skonstruowanej gadanej historii i możliwości obserwacji brudów, które stoją za śledztwem. I w grafice. Kiedy porównamy Szminkę i Szelki pod kątem grafiki, zobaczymy, że to są jednak lata świetlne różnicy w malarskości. Zdecydowanie trzeba mieć na półce.

Szkicownik KRLa był wspaniałym prezentem dla fanów. Nie zamierzam już dyskutować z antagonistami (chyba bardziej osoby KRLa, niż jego komiksowych umiejętności) na temat wartości tej publikacji. ATY wydało fantastyczny prezent – z pewnością bardzo „osobisty”, dla samych siebie i autora, ale okazało się (sądząc po reakcjach zwykłych, komiksowych fanów), że także dla sporej rzeszy innych maniaków. I tylko tak, bez niepotrzebnego zacietrzewienia, należy ten albumik oceniać. Cudo.

Jazda! i The Very Best Off The Ziniols to kolejne jasne punkty roku 2011. Jazda! to naprawdę fajny komiks, fajna inicjatywa, skierowana do szerokiej publiczności i dobrze, na poziomie, zrealizowana. The Very Best Off The Ziniols z kolei, to publikacja zbiorcza i selektywna, która ze względów kronikarskich musiała kiedyś powstać. O ile kolejne numery Ziniola były nieograniczonym poligonem doświadczalnym, o tyle zbiorek sięga po te najbardziej udane manewry. Podobno wydawca chciał po prostu zebrać Ziniole jak leci i puścić cegiełkę. Chyba jednak dobrze, że była selekcja. Jak na mnogość zaprezentowanych historyjek, to zaskakuje ogólny wysoki poziom i brak jakichś rażących jakościowych wpadek, tudzież, pozostając w metaforyce militarnej, niewypałów.

Powyżej opisane i wskazane tytuły (i chyba jeszcze kilka innych) brałem pod uwagę przy układaniu polskiego TOP 5 (wtedy jeszcze myślałem, że ma być osobno polskie i zagraniczne) dla Cyfrowego Ziniola, które ostatecznie wyglądało tak (wklejam całość, bo do ogólnego TOP 5, polsko-zagramanicznego, trafił tylko jeden polski komiks):


1. Czasem – mam dziwne wrażenie, że w zachwytach nad tym komiksem nie jestem odosobniony. Przydałby się jakiś głos krytyczny, jakiś mały minus, żeby autorzy sobie nie myśleli, że są tacy doskonali. No ale ja nie znajduję w sobie pokładów inteligencji, które by mi pozwoliły na wygłoszenie takiego sądu. Świetna, pomysłowa opowieść z przesłaniem, w której autorzy opowiadają razem i nie ma sensu rozbijać tego komiksu na rysunek i scenariusz. To jakby tej hydrze uciąć jedną z głów. Ryzykowne. Chcieliście potwora, to macie Pana Janusza i Mr Podolca. Tak jak od pierwszej strony „Łaumy” nie miałem wątpliwości, że czytam coś, co będzie dla mnie komiksem roku, tak i było od pierwszego miesiąca „Czasem”. Komiks o obsesjach, lenistwie i płynących z tego konsekwencjach. Komiks o człowieku.
2. Fotostory: zanim zaczniemy – w zeszłym roku było „OS”, a teraz jest jego dojrzalsza wersja. Czasami w podobnym klimacie, czasami uciekająca od tego klimatu, ale ponad wszystko jednak oryginalna. Opowieść o życiu ze wspaniałymi anegdotami do powtarzania przy piwku. Chwalmy ten komiks i mówmy o nim gdzie tylko się da, to może na spotkanie z autorami po wydaniu drugiego tomu przyjdzie ktoś więcej oprócz prowadzącego, wydawcy, jednego fana i autorów.
3. Scientia Occulta – znakomity komiks środka z odniesieniami dla wtajemniczonych, ale też i do czytania dla nieobeznanych z serialami i wiedzą ezoteryczną. Ja plasuję się gdzieś pośrodku stawki i bawiłem się znakomicie przy lekturze. Zabawne, sprawne, lekkie, wielokrotnego użytku.
4. Uczeń Heweliusza – komiks dla każdego; komiks, który uczy nie wprost. Komiks ślicznie narysowany i inteligentnie napisany. Co? Jeszcze go nie czytaliście? Są rzeczy na tym świecie, o których astronomom się nie śniło…
5. Rewolucje #6: Na morzu – zanosi się na to, że w odstępach rocznych będziemy dostawać kolejne tomy „Rewolucji”, a zatem jeden pewniak do rocznych podsumowań załatwiony. Wierzycie, że ta dwójka spadnie poniżej pewnego poziomu? Bo ja nie. W tym tomie dostajemy opowieść o morskiej przygodzie, którą wieńczy krwawy finał. Dowiadujemy się też, że to orkiestra opuszcza statek jako ostatnia. I jedyna.

Zagranica: Trzy palce, Mglisty Billy, Uzumaki Spirala, Pluto, Lincoln, Detektyw Fell, Pinokio, Long John Silver

O, tutaj było dla mnie zaskakująco łatwo wybrać piątkę. Do listy powyżej dodaję jeszcze Żywe Trupy – ta seria trzyma poziom, każdy już chyba wie, że to sama dobroć, ale… Ten rok musi przynieść zmiany i dążenie ku końcowi serii ŻT, do jakichś wyjaśnień a propos pojawienia się zombiaków. Niech już nawet będzie ten pomysł, który przekonał Image do wydawania komiksu – niech zombiaki będą plagą z kosmosu, która miała osłabić ziemię i ułatwić inwazję kosmitów oraz podbój naszej zielonej planety.


Ogólnie łamię swoją zasadę niewyróżniania serii komiksowych, ale to zasługa jakości tych seriali – Pluto to dla mnie strzał między oczy, Detektyw Fell, Lincoln i Long John zapowiadają się równie znakomicie. I ta różnorodność – Pluto o robotach (i choć twierdzę z całym przekonaniem, że te niezwykłe roboty to przykrywka superhirołów, to jednak przykrywka zabierająca nas w podróż w zupełnie inne rejony refleksji i problematyki dużo bardziej kwestionującej szeroko pojętą moralność), Lincoln o kowbojach (humor słowny, humor rysunku, kreacja głównego bohatera i towarzyszących mu Boga i Diabła – trzeba czytać BARDZO uważnie, żeby nie przeoczyć nic i nie uznać tego komiksu za przeciętniaka, którym z całą pewnością nie jest; a w kolejnych tomach się będzie działo – znam już wyrywkowo 3 i 4, które złożą się na drugie zbiorcze wydanie polskie), Long John o piratach (twórczo kontynuujemy Wyspę Skarbów, sprawnie żonglując postaciami znanymi; no i prześliczne okładki; Wojtku Birku – moja Kasia zazdrości tłumaczenia komiksu o piratach i złości się, że to nie ona dostała ten komiks do tłumaczenia) i Detektyw Fell o porypańcach za mostem, w Snowtown (znakomita horrorowa atmosfera, która przypomina mi filmowy Silent Hill, czy 30 dni nocy, ciężkie historie, dobre monologi – czekam na kontynuację).

Poniżej TOP 5 w kolejności od najprzypadniejszego komiksu, podobnie jak w polskim TOP 5:

TOP 5 zagranica:
1. Trzy palce – absolutny król polowania. W dziennikarski sposób, przy akompaniamencie gadających głów, poznajemy tajemnicę animowanego przemysłu filmowego. Spisek, intryga, krew, rozczarowania. Zajrzyjcie za te kulisy, bo naprawdę warto znać.
2. Pinokio – wszystko tu jest: wpisany w inne ramy czasowe i pole odniesień klasyczny bohater, wycieczki w podświadomość z karaluchem, graficzna podróż przez historię komiksu. Wszystko ma swoje miejsce i uzasadnienie. Wyobraźnia, kreatywność i oryginalność pomysłów. Więcej się da wycisnąć z tematu drewnianego chłopca?
3. Mglisty Billy – o dzieciństwie w ramach wyobraźni dziecka. Wystarczy zdjąć okulary i zanurzyć się w świat opisany przez małego Billy’ego. Bogactwo formy i treści w przepięknym wydaniu. Kochane wydawnictwo POST – przemawiajcie częściej!
4. Uzumaki – horror w podsumowaniu rocznym? Dżizas, chyba tylko komiksiarze są w stanie uznać wartość horroru i dać go w podsumowaniach. Powiedzmy sobie szczerze – ten gatunek raczej krytycy mają w głębokim poważaniu. W sumie nie do końca przekonuje mnie zakończenie, ale groza niewyjaśnionego i szereg splaterowych rozwiązań zrobiły mi dobrze.
5. Pluto – zasadniczo serii nie premiuję w podsumowaniach rocznych, ale „Pluto” się załapał w tym roku, bo dostaliśmy cztery tomy, a na podstawie tak pokaźnego materiału można sobie zdanie wyrobić. Wyrobilem i uważam, że obok „Żywych trupów” nie mamy lepszej serii publikowanej w Polsce. Niby te roboty w społeczeństwie działają trochę na zasadzie superbohaterów, ale podstawcie sobie trykociarzy pod nich i zastanówcie, czy ładunek emocjonalny wydarzeń, których jesteśmy świadkami, będzie taki sam? Nie będzie. Obyśmy w 2012 szczęśliwie zakończyli serię, to w zagranicznych komiksach też będę miał jednego pewniaka do TOP 5.

Przed 2011, patrząc na listę premier, myślałem, że będę miał problem z wyborem komiksów do podsumowania, ale kilka tytułów bardzo mnie rozczarowało i ostatecznie nawet nie brałem ich pod uwagę w szerokiej grupie kandydatów. Nie ma tu jednak miejsca na negatywne emocje (gra dziś WOŚP!), więc zamilknę w temacie. W poprzednim wpisie wskazałem Kolorowe i Ziniola jako miejsca, gdzie się z podsumowaniami 2011 udzieliłem. Teraz jeszcze tylko redakcyjne polterowe i można zacząć robić listę za rok 2012, który zanosi się niezwykle emocjonująco.

Fantasma Encarnado vel Crimson Ghost

2 komentarze:

Krzysztof Cuber pisze...

Chyba sam sobie jestem winien, że to przeczytałem przed lekturą "Rewolucji na morzu", ale czy Ty pRzYpAdKiEm nie spieprzyłeś mi tego komiksu? ;-)

tO mY: pisze...

hehe :) Założenie było takie, że większość i tak czytała już.

Sorka!

Ale i tak warto zapoznać, bo bardziej niż na faktach z opowieści ten komiks opiera się na sposobie opowiadania. Na ten przykład - ja przy drugiej lekturze bawiłem się równie dobrze, a przecież też znałem konkluzję.

pozdrrrr