środa, 14 stycznia 2009

Czytam gazety od ostatniej strony…

To też. I robię masę małych, przekornych, niewytłumaczalnych i nieprzydatnych nikomu rzeczy. Na ten przykład samo pisanie bloga zaspokaja jeszcze czyjeś potrzeby, ale w zasadzie nie mam pojęcia dlaczego na „czymś”, co jest odpowiednikiem spontanicznie prowadzonego pamiętnika, wrzucam wpisy z automatu? Bo to powinno chyba być tak, że piszę , kiedy mam coś do napisania, kiedy coś mi się nawinie… No i nawinęło się kilka rzeczy ostatnio, ale z lenistwa po trochu, i po trochu bardziej z braku czasu jednak, zasiadłem do klawiatury dopiero dwa dni później. A może to z powodu oszczędzania oczu zwlekałem? Bo okulista mówi, że mam skurcz „czegoś tam” w gałce ocznej, że za dużo pracuję przed komputerem, że cos tam rozkurczowego trzeba podać, żeby oczy się tak nie męczyły. O! I znalazłem sobie wymówkę, żeby nie kończyć pisania doktoratu w szalonym tempie, które przewidywałem na styczeń. Przecież zdrowie ważniejsze. I w związku z tym właśnie siedzę trzecią godzinę przed komputerem i wklepuję tych kilka słów. A robię to po obowiązkowej prasówce komputerowej, po codziennym przeglądzie blogów i stron komiksowych oraz innych. Czyli może nazywać ją jednak „komputerówką”? Nieważne. Ważne jest to, że dobija mnie wstawanie o ósmej rano i przepychanie się w stronę uczelni w zatłoczonych tramwajach (kurde, przecież można mi grafik inaczej złożyć, ja się ożywiam między osiemnastą, a pierwszą, drugą w nocy). Na ogół mogę sobie poczytać tylko przez kilka przystanków, bo potem robi się „przytulnie”, a nader „przyjazne” spojrzenia pozostałych podróżnych „proszą” o schowanie gazety/książki/komiksu (niepotrzebne skreślić/potrzebne dodać) do torby/plecaka etc. Wstawanie o tej godzinie ma jednak plusy: miła pani za przejściem dla pieszych przy pl. Narutowicza ma jeszcze Metro (taka pigułka informacyjna to dla mnie jedyny strawialny objętościowo dostęp do wiadomości z kraju i ze świata; no jest jeszcze Telexpress, ale koniecznie musi być z Orłosiem; cała reszta to zbyt szczegółowe pieprzenie o rzeczach, o których nam się mówi, że musimy się nimi interesować). W poniedziałek udało mi się poczytać je troszkę dłużej niż zazwyczaj i trafiłem na dwie komiksowe informacje (zdążyłem je przeczytać obie, dlatego że czytam gazety od ostatniej strony, a właśnie w sekcji „tylnej”, lecz nie „odbytowej”, Metra obie notki poszły). Pierwsza dotyczy gościnnego występu Baracka Obamy u Spajdera.



Świetnie, może poproszę brata, żeby mi zakupił ten komiks. Akurat jest w jueseju, i to w samym Waszyngtonie. Z czystego lenistwa nie będę odkopywał i podlinkowywał info o tych wyborczych i powyborczych komiksach, o których gdzieś, na jakiejś stronce/blogu czytałem. Tak sobie myślę, że to trochę jest w stylu Superhero Sellouts (a o ISHC pisał Konrad na Motywie Drogi, stąd zespół poznałem):



Cpt. Straight Edge (oj, w sumie to mi daleko do SXC) ponownie powinien chyba wkroczyć do akcji…

Dalej jest artykuł Nauka Obrazkowa,



czyli o komiksie w procesie edukacyjnym. To nawet by chyba wymagało szerszej dyskusji, ale ograniczę się do dwóch uwag: komiks nie może być samodzielnym rekwizytem naukowym, może być tylko uzupełnieniem w kształceniu młodych ludzi. Druga uwaga dotyczy wykorzystywanie komiksu do celów edukacyjnych przeze mnie. Tak, używam komiksu zarówno do nauki języka jak i nauki teorii i praktyki tłumaczenia. W nauce języka sprawdza się świetnie celem uzupełniania słownictwa i nauki języka potocznego, ale może też być przyczynkiem do twórczej nauki. Kiedyś przyniosłem studentom trzeciego roku Iberystyki (a więc ludziom, którzy doskonale już znają język) jedną historyjkę z „Kapeli”. Podzieliłem ich na grupy: jedna dostała sam tekst i miała dorysować historię, druga dostała same obrazki i miała napisać historyjkę, a trzecia dostała całość i miała wymyślić tytuł i uzasadnić „dlaczego”. Zabawa była fajna, efekty zadawalające. Oprócz uruchomienia różnych procesów kognitywnych w umysłach młodych ludzi, udało mi się ich zainteresować samą formą komiksu. Zyskali językowo i doświadczeniowo: poznali mechanizm działania komiksu.

Jeśli chodzi o rolę edukacyjną komiksu w tłumaczeniu, to również znakomicie uzupełnia on naukę języka na najwyższym poziomie, ale uświadamia także ludziom czym tłumaczenie jest: mozolną pracą, wymagającą wyczucia i systematyczności, a nie tylko doskonałej znajomości pojedynczych słów.

Kończąc ten przydługi wpis, myślę znowu o swojej karierze naukowej. Doktorat i co po nim? Habilitacja. O czym? Myślałem o estetyce komiksowej w parze komiks-sztuka uliczna, czyli o wzajemnych relacjach tych dwóch dziedzin. Jeden z prezentów gwiazdkowych, które dostałem, uzmysłowił mi, że to ma sens. Przecież sztuka uliczna w niektórych swoich realizacjach nie tylko bezpośrednio odwołuje się do komiksu (nawet jeśli w sposób bardzo stereotypowy), sięgając po konkretnych bohaterów (np. Hulk wyłażący ze ściany w pracy Great&Bates z Kopenhagi, albo Spiderman i Batman w pracy RESO 2 z Tuluzy), ale też tworząc postaci, które takimi bohaterami komiksowymi mogłyby się stać (ludziki z prac Os Gemeos z Brazylii; zagadujący do nas chmurkami komiksowymi dziwacy stworzeni przez PRISCO z Portoryko; cartoonowe zwierzątka DALEKA; potworki CRAOLA czy EDNA ze swoim smokiem), czy też czerpiąc z jego jaskrawej estetyki po prostu.

Okej, idę na deskę poszaleć. Jest prawie 20:00. Może wymierzę w półciemnościach Lasku na Kole między śmietnikiem i ławką oraz prawdopodobnie pijanym już jegomościem, który tam mieszka.

qba

Pssst! I jeszcze miało być tutaj o nowym dwublogu http://www.dzwiekoterapia.blogspot.com/, który się robi od listopada i nie może na dobre wystartować. Niektóre pomysły nadają się tylko na wiersze, stąd i te wiersze. A piszę sobie od czasów liceum…

Pssst!! I coś jeszcze mi chodziło po głowie, ale zapomniałem…

Pssst!!! a! Wiem! wpis ten jest pod wpływem lektur innych blogów, dwóch konkretnie. Zgadujcie, o które chodzi :lol:

2 komentarze:

Pawel pisze...

no i pod wpływem wczorajszej rozmowy o wyższości Orłosia nad innymi czytaczami wiadomości... ;)

qba pisze...

też, również, a jakże.