sobota, 27 marca 2010

pRzYpAdKiEm przeczytane 15


Jirō Taniguchi Odległa Dzielnica

Niezmiennie podoba mi się to, co robią ze mną mangi z Hanami. Solanin, Ratownik, Zoo zimą, Dziennik z zaginięcia, Dynia z majonezem czy Dwie poduszki to lektury, które wciągnęły mnie na tyle, że zapominałem, że czytam mangi, których wręcz brzydziłem się kiedyś dotykać, i które utożsamiałem z bezsensowną sieczką „widzianą” wielgachnymi oczyma. Niespieszne konstruowanie opowieści, zabawa w architektonicznie detale, historie z ciekawym zakończeniem, szczera w swojej przesadzie mimika i zachowanie bohaterów, tak przerysowane, że tylko w komiksie wiarygodne. Bogactwo elementów formalnej konstrukcji opowieści, które przynoszą mi kolejne czytane przeze mnie mangi idzie w parze z niezwykle wciągającymi opowieściami obyczajowymi. Te wszystkie elementy posiada też Odległa Dzielnica Taniguchiego.

Zachęcony lekturą wymienionych na wstępie tytułów (dorzucam jeszcze do nich Hiroszimę) teraz w zasadzie kupuję komiksy tego typu w ciemno. Oczywiście niektóre rzeczy z oferty Hanami odpuszczam, ale bezbłędnie po opisie potrafię wyczuć czy „ta” manga mi się spodoba. Odległa Dzielnica przykuła moją uwagę tym zdaniem z opisu wydawcy: „Podczas modlitwy niespodziewanie przenosi się [mowa o 48 letnim Nakaharze] w czasie, by jako czternastolatek znów przeżyć tamte chwile, tym razem jednak z wiedzą dorosłego i pamięcią o tamtym okresie”. Czasami przy ocenie jakiegoś komiksu nie potrafię nie odnieść go do siebie samego, ocenić przez „osobisty” filtr. Tak miałem z Wykiwanymi na ten przykład, tak mam i z Odległą Dzielnicą. Wiele razy rozmawialiśmy z bratem o tym, jak by to było z wiedzą 25latka przenieść się na początek liceum. Jak wykorzystać ten spryt i doświadczenie, co zrobić inaczej z czasem. Ale oczywiście o wartości samego komiksu nie stanowi tylko ta „osobista” z nim więź, choć możliwe, że opartą o to samo doświadczenie więź buduje z tym konkretnym tytułem większa liczba czytelników. Taka „zażyłość” z tytułem wpływa na przyjemność czerpaną z lektury, na jakieś pokrętne katharsis, które się z niej wynosi, ale jest tylko subiektywnym potwierdzeniem wartości komiksu. Natomiast obiektywnie rzecz biorąc dzieło Taniguchiego, oprócz ciekawego pomysłu na ukazanie w nowym świetle oklepanego motywu podróży w czasie, jest wciągającą lekcją dorosłości i nauki odpowiedzialności oraz rozumienia tego, co stoi za decyzjami podejmowanymi przez ludzi. Taniguchi wyposaża swojego bohatera we wszelkie narzędzia, aby pozwolić mu odkryć prawdę. Być może odpowiedź na pytanie dlaczego ojciec Nakahary opuścił rodzinę jest trochę prozaiczna, ale uproszczeniem nie jest to, że sam Nakahara nie zdołał zmienić biegu historii. Nie wiemy, co jego pobyt w przeszłości tak naprawdę zmienił w rzeczywistości, do której wraca, ale wiemy, że największe zmiany zaszły w nim samym. I te zmiany są najważniejsze, bo nie są powierzchowne. A mimo tego lekcja, którą dostaje główny bohater może nie doprowadzić do szczęśliwego zakończenia i szczęśliwych losów jego rodziny, a tylko utwierdzić w przekonaniu, że przeznaczeniem człowieka jest szukać swojego miejsca.

Taniguchi stworzył wciągającą opowieść. Opowiedział historię, którą czyta się zapominając czasami, że główny bohater ma umysł w wieku lat 48, a ciało w wieku lat 14. To sam Nakahara, narrator, ciągle o tym przypomina. Mimo że kilkakrotnie napisałem tutaj o podróży w czasie, to nie jest to podróż, która odbywa się tylko w tym wymiarze czasoprzestrzennym. Z tą podróżą wiąże się też wycieczka w głąb świadomości. Dlatego też komiks Taniguchiego, oparty na chwytliwym pomyśle wyjściowym, zabiera nas na zwiedzanie tych wszystkich skomplikowanie zabudowanych poziomów czasoprzestrzenoświadomościowych. W rezultacie otrzymujemy bardzo wartościową lekturę, unikającą banalnego moralizowania i zbyt łatwych odpowiedzi.

qba- the impossible future warior

czwartek, 18 marca 2010

Torpedo 2- wystrzałowe czytanie ne weekend



- Nadchodzi weekend. Za oknem może czaić się druga torpeda. Być może już jutro Was dosięgnie!
- Hę?
-Tak, szefie.

qba- the impossible noir gangsta warrior

wtorek, 16 marca 2010

"Popman Mix" w oczach Portugalczyka, czyli recenzja w stylu musztarda po obiedzie.

Pedro Moura debiutował u mnie tekstem o Śmiercionośnych. Przy okazji wydania zbiorczego Popmana, postanowiłem sprezentować mu ten komiks, a on napisał o nim niedawno (hmmm, to już niedługo dwa tygodnie będą.... ale trochę to tłumaczenie mi się odleżało, bo czasami ciężko mi zinterpretować to, co pisze Pedro i w tłumaczeniu wychodzą dziwolągi, z którymi nie wiem, co zrobić... To taki kwiecisto-intelektualny język, który sobie trzeba samemu odczytać, więc w wielu miejscach tego tekstu zachowałem tłumaczenie bliskie literalnemu, w pełni świadom faktu, iż może to brzmieć jak bełkot; tekst ten odleżał się również ze względu na wywiad, który mejlowo z Pedro Mourą przeprowadzałem przez ostatni tydzień, a który dotyczył granic komiksu i prawdopodobnie jego tłumaczenie- jeśli zdążę te 12 stron stłumaczyć...- znajdzie się w czerwcowym numerze Zeszytów Komiksowych- przyp. tłum.) słów kilka u siebie. Zapraszam do lektury, bo na nadmiar sensownych recenzji tego ważnego polskiego komiksu raczej nie możemy narzekać (jeśli odniesiecie podczas lektury tego tekstu wrażenie bezsensowności, to zrzućcie to na tłumaczenie; wiem już, że tłumaczem tekstów naukowych nigdy nie będę, ale w formie hobby mogę sobie potłumaczyć na nikomu nie szkodzącego bloga- przyp. tłum.)(o, tu taki kfiatuszek).



Popman to postać, która żyje w realistycznym świecie, w zasadzie niczym nie różniącym się od naszego. A jednak on sam stworzony został z gazet, którym nadano ludzki kształt, ma wystylizowaną twarz i kwadratowe oczy. Jak go rozumieć? Są dwie hipotezy, przeciwstawne. Możemy przyjąć negatywny punkt widzenia, postrzegając tę postać jako to, co pozostaje z człowieka, który żyje w mega-zmedializowanym zachodnim społeczeństwie, i który zostaje zredukowany do wątłej postaci złożonej z sound bites, krzyczących nagłówków, dziesięciominutowych filmików z youtube’a, kawałków, czy też raczej, ochłapów informacji, odniesień do kultury popularnej wymieszanych w ahistorycznym kotle nieciągłości; który posiada mityczną umiejętność reagowania i życia w świecie prawdziwych osób, które codziennie stykają się z kompletnymi bytami ludzkimi, widząc w nich zawsze stereotyp jakiejś kategorii oraz szukając sposobu, aby ułożyć życiowe doświadczenia w listę Top 10, założywszy wcześniej że wszystkie elementy życia mogą być podmiotem konkursu. Istnieje także pozytywny punkt widzenia, który opiera się o dokładnie te same czynniki, ale w którym „poniżenie” zastępuje się „uwzniośleniem”.

Publikacja ta zbiera krótkie historie postaci stworzonej przez polskiego autora, Tomasza Tomaszewskiego, publikowane jak nam się wydaje w różnych miejscach od roku 2000. Jego prace znalazły się w międzynarodowych antologiach takich jak Striburek i Comix 2000, ale sam autor z wiadomych przyczyn nie jest szerzej znany i publikowany w obiegu międzynarodowym, otwartym dla małej liczby autorów, co potwierdza tylko trudności nierozerwalnie związane z tworzeniem w krajach peryferyjnych takich jak Polska czy Portugalia.

Czternaście zebranych w tym tomie historyjek to opowieści relatywnie linearne, które rzucają Popmana w sytuacje w równym stopniu banalne- zakup hamburgerów w sklepie na rogu, oglądanie telewizji, odwiedziny na wystawie prac Warhola, zamawianie pizzy, oglądanie telewizji, czytanie komiksu- co oniryczne- atak hamburgerowego pitbulla, odtworzenie w łazience wakacyjnej plaży, stanie się dziełem Warhola, wpadnięcie do komiksu (sama postać nie jest świadoma tego, że jest bohaterem komiksu, to znaczy, że na poziomie metajęzykowym rozumuje tylko czytelnik).

Te małe przygody rozgrywają się w uniwersum odniesień bardziej lub mniej czytelnych dla tych wszystkich, którzy obracają się w rzeczywistości hiperskapitalizowanej pop-kultury, szybkiej i natychmiastowej satysfakcji, i której jedyną twórczą umiejętnością jest nie tyle tworzenie ikon (tych, które dodatkowo przybrały aurę kultowych, a zatem także zbioru wartości przez nie przywoływanych), co trademarków podatnych na każde użycie, nadużycie i samowystarczalnych. Popman byłby zatem znakiem mediatyzacji, symulakrum nas samych, niezłomnych konsumentów tych produktów. Ciekawym zabiegiem ze strony autora jest pokazanie niektórych epizodów pod postacią snu, halucynacji czy też najzwyklejszych fantazji głównego bohatera, jak gdyby naprawdę było możliwe rozdzielenie tej warstwy jego życia od pozostałych, które w równym stopniu są naznaczone przez elementy fantazyjne. Choć ta „wewnętrzna” fantazja ukazuje się pod postacią rysunku złożonego z czystszych linii, samego kształtu, jak gdyby miała za zadanie pokazać różnicę stopnia, złożoności, objętości, pomiędzy jedną a drugą.

Całe to ćwiczenie przybiera oczywiście funkcję uczciwej krytyki czy to samego konsumpcjonizmu, czy też tego, do jakiego stopnia żyjemy fantazjami i jak przez ich pryzmat widzimy innych, a także formę różnych sposobów kontroli domniemanych ośrodków decyzyjnych i rządzących, będących wytworami naszego świata. Stąd też pozorna prostota, czy też niedorzeczna głupkowatość głównego protagonisty wobec tego, co go spotyka, z jedynym wyjątkiem, który stanowią strach, inercja i młodzieńczy pociąg do bezpiecznej i fikcyjnej przygody (czyt. wewnątrz fikcji), jest trafionym portretem tego, co się samemu przeżywa. Być może to właśnie to, co Nietzsche określił jako “zniewieściały gust wieku demokracji” (bez jakichkolwiek prób podważania lub znieważania takoż kobiet, jak i zdobyczy demokracji, a raczej rozumiejąc to zdanie jako krytykę “ślamazarności/ospałości/niezaradności/osowiałości”).

Pedro Moura [in:] www.lerbd.blogspot.com

sobota, 6 marca 2010

jednym zdaniem/jednym słowem (a w zasadzie tylko zdaniem tym razem), czyli komiks 24/7



Wino, kobiety i śpiew- wino, kobiety i śmiech.



Kot Simona- kota można dostać.



Profesor Bell- na Pierwszym Polskim Chrzcie Komiksowym alkohol musiał skwierczeć w zetknięciu z twardą okładką, trzymającą w ryzach wciągający mrok, który bije z kart tego komiksu od początku do końca.



Czyściec- przerażający i pocieszający na zmianę, ale mimo tego konsekwentnie nieprzekonujący.



Hellboy: opowieści niesamowite- diabeł tkwi w raciczkach, czyli na poprawę wrażeń estetycznych przeczytam sobie w weekend od początku regularna serię.



Karton #2- byle do piątku trzynastego, tzn, do następnego numeru!



Komiksowe Becikowe- myślę, że można nawet tak miłą dla świeżo upieczonych rodziców antologię krytykować, ale nie ma potrzeby, bo jest fajnie.



Lapinot- uf, ledwo przebrnąłem, a autor zdecydowanie przeimprowizował.



Osiedle Swoboda (integral)- a o tym już niedługo w dwugłosie!



Super Pan Owoc- jedna połówka tego owocu wystarczy...



Pod prąd- o matko, wszyscy jesteśmy łososiami, to przerażające!



Solanin #2- nie odnotowałem fałszywych nut, a nawet ta muzyka mnie poniosła.



Szninkiel- klasyk na całe szczęście w czerni i bieli.



Wąsacze: ruchome paski- dlaczego surykatka nie ma wąsów?



Zero Girl- kwadratura koła.



Żywe Trupy #9- boję się bardzo, bo ten telefon nawet nie był podłączony...

qba- the impossible 14th warrior

czwartek, 25 lutego 2010

pRzYpAdKiEm przeczytane 14



Są komiksy, o których pisze się naprawdę ciężko. Footnotes in Gaza do takich niewątpliwie należy. Najnowszy komiks Joe Sacco ukazał się pod koniec grudnia 2009 roku. Lekturę zaczynałem dwa razy i dopiero za drugim skończyłem. Footnotes in Gaza jest kolejnym w dorobku autora z maltańskim paszportem przedstawicielem gatunku zwanego comics journalism. Autora, który jak do tej pory nie doczekał się jeszcze polskich wersji swoich bardzo ważnych z punktu widzenia historii najnowszej prac. Zmieni się to niedługo za sprawą Safe Area Goražde i miejmy nadzieję, że poza tym tytułem i drugim, trzymanym póki co w tajemnicy, doczekamy się kolejnych tłumaczeń, bo przeoczenie Joe Sacco na mapie autorów komiksowych publikowanych w Polsce to poważne niedopatrzenie. Przy okazji przygotowywania numeru Zeszytów Komisowych poświęconego władzy, w korespondencji z Michałem Błażejczykiem, zasugerowałem, że w sumie niedobrze się stało, że Joe Sacco został pominięty. Wówczas stanęło na tym, że można spróbować kiedyś z numerem pisma tylko o tym autorze. Kilka dni temu pojawiła się zapowiedź dwóch najbliższych ZK i jak wiadomo Joe Sacco jako samotny bohater się w nich nie pojawi.

Ogólnie o autorze nie pisze się jakoś szczególnie dużo w Polsce. Footnotes in Gaza wspomniał Timof w swoim zagranicznym podsumowaniu roku 2009 (i Sebastian Frąckiewicz) i zrobił bardzo dobrze, bo tym tytułem Joe Sacco udowadnia, że jest w dobrej formie. Moje problemy z czytaniem tego komiksu i ponowionym podejściem do niego nie dotyczą treści (chociaż językowo jest to komiks dosyć wymagający), tj. nie nudzi mnie ten temat, ani nie mam go gdzieś. Problemy dotyczą stopnia ważności poruszanych w nim kwestii i przedstawionych faktów, oraz mojej w tym temacie niewiedzy. Konflikt izraelsko-palestyński jest konfliktem, który chyba niewielu potrafi wyjaśnić w sposób zadawalający. Nigdy specjalnie nie śledziłem doniesień z tego rejonu świata i nawet teraz, po ówczesnym przygotowaniu się do lektury Footnotes in Gaza poprzez przekopanie różnych źródeł internetowych, ciężko mi objąć niezliczoną ilość faktów i dat. Przygotowania faktograficznego zabrakło mi przy pierwszym podejściu, więc postanowiłem odłożyć komiks i wrócić do niego za jakiś czas, żeby móc go przeczytać ze zrozumieniem i spokojem. Czułem, że bez wcześniejszego ustalenia podłoża dwóch centralnych w komiksie wydarzeń, nie wypada zasiadać do jego lektury. To, co na początku sprawiło, że lekturę odłożyłem, to uczucie przytłoczenia nazewnictwem i faktami, w czym można się poczuć lekko zagubionym, jeśli prawie wszystko jest nowe, ale co ostatecznie jednak okazuje się nie aż tak onieśmielające, jak się na początku wydaje- wystarczy dalej czytać. Moje małe poszukiwania oczywiście pomogły, ale obiektywnie rzecz biorąc ta ilość faktów, której dostarcza autor, układa się w spójny obraz i stanowi wystarczający materiał do zrozumienia wszystkiego (pomocna może być również ponowna lektura Palestine, ale to akurat zrobię dopiero teraz). To jeden z plusów tego komiksu. Jego samowystarczalność faktograficzna. Ale tylko jeden z wielu. Z nim związany jest kolejny: wiemy, jaki gatunek uprawia autor; Joe Sacco jest dziennikarzem, którego zadaniem jest czuwanie i odkrywanie prawdy. Siłą rzeczy, kiedy wchodzi na teren jakiegoś konfliktu, automatycznie staje po którejś stronie, z kimś sympatyzuje. Aby udowodnić swoje tezy może posunąć się do nadużyć. Czytelnik inteligentny jednak z całą pewnością postanowi pokopać trochę w faktach i zweryfikować, na tyle na ile może, ich zgodność z przedstawieniem sprawy przez autora. Przypadek poruszone przez Joe Sacco w Footnotes in Gaza jest w tym względzie szczególny, bo autor postanowił zrekonstruować dwa wydarzenia z roku 1956: masakrę Palestyńczyków w Khan Younis i pogrom w Rafah podczas operacji wyłapywania terrorystów i partyzantów. W Khan Younis, według danych ONZ, zginęło 275 ludzi. W Rafah, ponad 100. Oba te wydarzenia, mimo liczby ofiar, zostały zepchnięte z głównych stron sprawozdań historycznych i sprowadzone do tytułowych przypisów dolnych. Oba wydarzenia miały miejsce w czasie Kryzysu Sueskeigo, który określany jest jako porażka militarna, lecz zwycięstwo polityczne Egiptu, i który był prologiem wydarzeń, prowadzących do wybuchu wojny sześciodniowej w 1967. Nie ma zbyt wielu dokumentów w sprawie tych dwóch zdarzeń (Khan Younis i Rafah), trudno więc autora sprawdzić, ale plusem całej sytuacji jest to, że czytelnik mimowolnie zaczyna czytać materiały spoza komiksu i zdobywać wiedzę na tematy związane bezpośrednio z tymi przedstawionym przez autora. Konstruuje sobie w ten sposób „większy obraz”, w którym może umiejscowić pojedyncze, mniejsze wydarzenia, o których stara się opowiedzieć nasz dzielny reporter. W zasadzie ciężko czasami uwierzyć w to, co nam pokazuje. Tym ciężej, że znamy przypadki reporterów, którzy mocno nagięli fakty i w efekcie końcowym oszukali czytelników (Łukasz Orbitowski i Jarosław Urbaniak pisali o takich przypadkach w artykule Sprawa dla reportera opublikowanym w czerwcowej w Lampie nr 6 (63)/2009; czytając Jagielskiego, Kapuścińskiego czy Batera, czasami zastanawiam się na ile rzetelni są/byli oni w swojej pracy i na ile uczciwie traktują czytelnika, bo powiedzmy sobie szczerze, że docierali oni w miejsca i do sytuacji, których weryfikowalność jest w wielu wypadkach nikła).

We wstępie do Footnotes in Gaza Joe Sacco pisze, że początkowo historia masakry w Khan Younis miała stać się częścią artykułu Chrisa Hedgesa, z jego ilustracjami. Zleceniodawca, magazyn Harper, zdecydował jednak wyciąć ten kawałek. To bezpośrednio sprawiło, że Joe Sacco postanowił poświęcić swoją kolejną pracę temu właśnie przypisowi dolnemu. W tym miejscu ujawnia się jego rola: zdać relację, przypomnieć, odtworzyć, sprawić, żeby o ludzkiej tragedii pamiętano. Ciężko zatem posądzać go o przeinaczanie tego, co zaszło. Jeśli doszło do przeinaczeń, to ze strony ludzi, z którymi przeprowadzał wywiady na temat Khan Younis i Rafah. Autor sam siebie postrzega jako filter tych wydarzeń:

„Besides the problems inherent in relying on memories, addressed more fully in the book, the reader should be aware that there is another filter through which these stories passed before reaching the page, namely my own visual interpretation”.

Ciekawa w kontekście medium, z jakim mamy do czynienia, jest zwłaszcza uwaga o filtrze wizualnym, a to prowadzi nas do bardzo ważnej u Sacco kwestii, nie tylko w tym komiksie: jego roli jako nadrzędnego narratora i świadka. W Footnotes in Gaza jednak jest to szczególnie istotne, bo wygląd miejsc autor rekonstruował na podstawie zachowanych zdjęć i opisów słownych, których mu dostarczono. Kilkakrotnie bardzo efektownie zestawił widok aktualny z historycznym. Bardzo sugestywnie wprowadził w ilustracje współczesne odlegle retrospekcje. Na poziomie operowania językiem komiksowym, w elementach takich jak kadrowanie (znakomicie wypadają wstawki dynamiczne) i planowanie strony, osiągnął znakomite efekty dramatyczne, zwłaszcza w sekwencji zbierania zamordowanych w Rafah i niemej, która album zamyka.

Autorowi zarzucano stronniczość, stawanie po stronie Palestyńczyków, a ja bym z tego zarzutu nie czynił, bo zdaje się, że jeśli którejś ze stron w tym konflikcie brak rzecznika, to właśnie Palestyńczykom: no bo dlaczego tak skąpo udokumentowano i tak mało mówi się o dwóch wydarzeniach, które jednoznacznie stawiają w negatywnym świetle Izrael? Joe Sacco, już w samym komiksie, pisze tak:

„History has its hands full. It can’t help producing pages by the hour, by the minute”

Ale tylko to nie powinno decydować o bagatelizowaniu pewnych faktów, z całą pewnością niewygodnych dla jednej ze stron. Tutaj ujawnia się jeszcze jedna ważna kwestia: podejścia do sprawy samych pokrzywdzonych, czyli Palestyńczyków. Zawrotne tempo wydarzeń, które towarzyszy konfliktowi, w którym są stroną, sprawia że oni sami nie roztrząsają zbytnio kolejnych tego typu tragedii. Rzucani z jednego deszczu pocisków pod drugi, żyją chwilą, tylko tym, co najbardziej aktualne. Wydarzenia, które dla nich są jednymi z wielu, dla wielkiej historii stanowią mała notkę na dole strony. Nie znaczy to jednak, że są mniej ważne. Joe Sacco, jako osoba zewnętrzna wobec tego konfliktu i reporter, czuje obowiązek dokumentowania, staje się sumieniem świata zewnętrznego wobec tego konfliktu. To jest odpowiedź na pytanie, które sam sobie stawia: „Who am I after all, snooping around, taking photos, wanting names?”.

Osoba narratora i sposób jego wykreowania są w reportażach Sacco niezmiennie ważne i zawsze interferują z wydarzeniami, czyli z bezpośrednim tematem. To podkreśla subiektywność nawet reportażu, a więc gatunku pozornie obiektywnego. Sacco ma wątpliwości natury moralnej, a w Footnotes in Gaza również problem z przejściem do meritum (na właściwy tor naprowadza go dopiero wujek Abeda, jego przewodnika). Wynika to moim zdaniem bezpośrednio z dwóch rzeczy: postawy Palestyńczyków i ścisłego związku, jaki wydarzenia z Khan Younis i Rafah mają z historią całego konfliktu. Palestyńczycy nie rozumieją grzebania w przeszłości, skoro tak wiele dzieje się tu i teraz. Sacco natrafia na mur, który ciężko jest przebić, na złość potencjalnych rozmówców. Z tego względu, tematem Footnotes in Gaza staje się w równym stopniu co tragedie Kan Younis i Rafah, sam proces tworzenia reportażu (to jest komiks o kłopotach z jego tworzeniem, podobnie jak Nocni Wędrowcy Jagielskiego- to książka o tym, jak trudno napisać taką książkę). Ostatecznie próba wpisania tych wydarzeń w ogólne ramy konfliktu daje pełny obraz sytuacji, a nie tylko jednostkowych przypadków. Te stają się symbolami w toku opowieści, w której powtarzają się te same błędy i to samo niezrozumienie i strach. Zjadliwie, dosadnie i ironicznie tę beznadziejną spiralę Sacco ilustruje podczas spotkania dziennikarzy:

„Waitress! What’s on the menu? Bombings! Assassinations! Incursions! They could file last month’s story today- or last year’s, for that matter- and who’d know the difference?”

Można w tym cytacie dostrzec zmęczenie Sacco tą beznadziejną powtarzalnością, ale też i próbę usprawiedliwienia sięgnięcia do nieodległej przeszłości.

W wywiadzie, który przeprowadzono z Joe Sacco podczas jego niedawnej wizyty na festiwalu w Angouleme, mówi on tak:

„JS: The book is basically about a couple of incidents that took place in Gaza in 1956. I got the idea from a short reference in a UN document that brought up these incidents, but in a very compact summary. These incidents took place during the Suez crisis, and large numbers of Palestinians were killed. The UN document says that the Israeli said that there was resistance by the Palestinians. And the Palestinians say there was no resistance. The idea behind the book is: is it possible to go and speak to the people who actually lived through it to find out what the actual story is?

To tell the truth in fact?

JS: Well I would hope to tell the truth, I mean, like a lot of documentary evidence it doesn’t really say one way or the other what happened. It just gives competing versions and since people are still alive, they remember it and have something to say about it. I thought “let’s hear what they have to say”.


Odpowiedź zdaje się brzmieć “nie”, nie jest możliwe precyzyjne ustalenie, co się tam stało, co podkreślają sceny, w których Joe Sacco zestawia obok siebie niezgodne ze sobą wypowiedzi ludzi, którzy zdawali mu relacje, na podstawie których starał się zrekonstruować te zignorowane przez historię wydarzenia. Włączenie w narrację tych świadectw jest próbą ze strony autora pokazania złożoności procesu takiego dochodzenia po czasie, ale też i uczciwym wobec czytelnika zagraniem, poprzez pokazanie nie roszczenia sobie wyłączności do nieomylności. Autor, mimo pozornego głębokiego zaangażowania w temat, zachowuje konieczny u reportera dystans wobec badanej sprawy. Ten dystans podkreśla też sposób, w jaki portretuje samego siebie: zawsze w okularach (to element stale obecny, w każdym jego komiksie). Nawet, kiedy nie ma ich na nosie (jak w łóżku, na stronie 156, kiedy pokazany jest z profilu) nie widzimy jego oczu. Myślę, że to ważna wskazówka dla interpretacji stanowiska Sacco jako narratora, który jest też postacią pisanej przez siebie opowieści.



World Press Photo

Musze przyznać, że czekałem na ten komiks bardzo długo, a i sam autor pracował nad nim prawie 7 lat! Nie zawiodłem się ani trochę. Dostałem solidną dawkę wiedzy, podanej w sposób, który wskazuje na znakomite wyczucie medium przez autora. Sacco znalazł sposób na mówienie o rzeczach ważnych, który idealnie współgra z naturalnie kształtującym się w jego rękach tworzywem. Wykorzystuje nabytą wiedzę dziennikarską, aby mówić o sprawach ważnych i trafia w sedno, wzbogacając swoje reportaże refleksją, w moim mniemaniu zamierzoną, na temat roli narratora. Na kolejne komiksy Sacco czekam z niecierpliwością, a kiedy biorę je w końcu do rąk, nie mogę powstrzymać ich drżenia. Dla potrzeb tego tekstu, robiłem sobie nawet notatki podczas lektury. I chociaż niezmiennie moim ulubionym komiksem Sacco pozostaje The Fixer (historia człowieka przede wszystkim, a nie kolejny reportaż o wydarzeniach) to Footnotes in Gaza jest pozycją bezcenną i obowiązkową dla wszystkich interesujących się komiksem ponadprzeciętnie.

Wszelkie kwestie autora, jako reportera i narratora, wszelkie odniesienia do prawdziwości przekazu, poruszyłem w przeddzień publikacji biografii Ryszarda Kapuścińskiego. Wzbudziła ona spore emocje, niezdrowe. Czego dowiemy się po jej lekturze? Zapewne tego, że był człowiekiem z krwi i kości, który mógł popełnić błędy. Podoba mi się, że Sacco te swoje słabości czytelnikowi sygnalizuje, albo wręcz serwuje wprost. Podoba mi się też to, że na niwie komiksowej mamy autora, który jest w tym medium odpowiednikiem naszych Kapuścińskiego i Jagielskiego.



qba- the impossible guerila warrior

środa, 17 lutego 2010

Światowy Dzień Kota jest dziś



Mniej więcej tak wygląda praca z kotem… Na całe szczęście podczas tłumaczenia drugiego tomu Torpedo kot nie zdewastował mi komputera, ani nie uciekł się do podstępu, aby mnie wywabić dzwonkiem do drzwi z mojego miejsca pracy. W zeszłym roku z okazji Światowego Dnia Kota na blogu zawitał Iwan. W tym roku, poznajcie Mikana, kota, który nanosił ze mną przedostatnie poprawki do tłumaczenia drugiego tomu Torpedo. Nie dostanie za swoją pracę kasy, ani swoich egzemplarzy autorskich komiksu, ale zostanie uwieczniony jako pierwszy na świecie kot tłumacz! Trochę pRzYpAdKoWo, ale to mój prezent dla asystenta (wcześniej pisał ze mną magisterkę i pomagał w artykule do IJOCA)! A komiks w sklepach za jakiś miesiąc, nie zapomnijcie więc rzucić okiem na stopkę. Ten tajemniczy Mikan, to właśnie ten osobnik:





qba- the impossible catnip warrior

wtorek, 16 lutego 2010

pRzYpAdKoWy KoMuNiKaT oLiMpIjSkI



Jeden snowboardzista twierdzi, że za wąskie spodnie zabijają ducha tego sportu, a inna pani w komiksowej gumie do żucia znalazła przepowiednię na temat swojej przyszłości i postanowiła jeździć z papierkiem po tejże gumie w kasku. Ciekawego zatem charakteru nabierają te słowa: From the very beginning in 1954, the bottom of the comics included "fortunes", similar to those one would find in a fortune cookie, but with a comedic bent.



Po protestach w sprawie pewnych napisów umieszczonych na tablicach demonstrantów w komiksie z Kapitanem Ameryką, które wyjaśniono z rozbrajającą szczerością (liternik rzucił okiem na zdjęcia z demonstracji i coś tam w pośpiechu wstawiał, bo termin gonił), to jest dla mnie njus tygodnia.

qba- the impossible o żesz qrva warrior