piątek, 18 września 2009

Odpicuj mi bloga...

Z archiwum pożółkłych stron

Szymon Holcman i Katarzyna Nowakowska pisali w odległym już roku i pokrytej dziś kurzem publikacji (Komiks jako element kultury współczesnej, Łódź 2003, ŁDK, antologia referatów Sympozjum Komiksologicznego pod redakcją Krzysztofa Skrzypczyka), że „z założenia bowiem i istoty medium, jakim jest komiks wynika, że obraz pełni rolę podstawową, jeśli chodzi o »opowiadanie«. Dowodem na to są komiksy bez tekstu, w których historia opowiedziana została samymi obrazami (np.: Popman Tomasza Tomaszewskiego [wielkimi krokami nadchodzi zbiorcze wydanie „gazetowego ludka”! Polecam, bo wcześniejsze albumiki są już chyba niedostępne, albo dosyć trudne do zdobycia, choć mogę się mylić.]). Natomiast nie można w komiksie przeprowadzić operacji odwrotnej: sam tekst bez obrazu nie jest już komiksem! Podobnie rozbudowane ramki tekstowe często postrzegane są jako błąd, jako niedostatki autora w sztuce komiksowej narracji (np. Ramka w Burzy Parowskiego i Gawronkiewicza, w której opisana została historia klęski Niemców na początku II Wojny Światowej- można było przedstawić te wydarzenia przy pomocy kilku, kilkunastu stron rysunków i stworzyć pełnowymiarowy komiks.” Odniosę się, tytułem wstępu do tego wpisu, do kilku spraw ogólnie i kilku szczegółowo.

Nie dajmy nadejść burzy

Na początek, abstrahując od „szczegółowych” intencji autorów Burzy (a więc tych dotyczących konkretnych wyborów, co do przełożenia scenariusza na narysowany komiks), których mogę się tylko domyślać, i tak nie uważam tej konkretnej ramki za błąd. Komiks Burza (według mojej wiedzy) był zaplanowany jako dłuższa historia, a więc siłą rzeczy w gestii autorów pozostawała decyzja o tym, co skrócić w poręcznej, acz rozbudowanej ramce tekstowej, a co opowiedzieć obrazem. Jeśli historia z założenia miała być długa, to fragmenty fabuły można było „przyspieszyć” w taki właśnie sposób. A zatem w ogólnym kontekście, w odniesieniu to głównego zamierzenia, tak zdecydowano- licencia poetica. Istnieje oczywiście również pewne prawdopodobieństwo, że albo rysownikowi się nie chciało tego rysować, albo był dedlajn i trzeba było sprytnie wybrnąć z ograniczeń czasowych, albo scenarzysta się uparł, że tak ma być, albo liczba stron w dyspozycji była ograniczona i coś padło ofiarą skrótu, albo wreszcie że Burza, którą znamy (wszelkie wnioski wyciągam na podstawie fragmentu zamieszczonego w publikacji Wrzesień: wojna narysowana- antologia komiksu polskiego, Warszawa 2003, EGMONT-KSK, s. 145-158) to zaledwie szkic, który w dalszej obróbce (np. w przygotowaniu do druku w albumie) i tak miały dotknąć zmiany. Według tego, co K. Gawronkiewicz mówił w wywiadzie dla ZK#6, komiks miał się ukazywać w FANTASTYCE, co miesiąc 4 plansze. Tak się ostatecznie nie stało, ale być może autorzy próbowali utrzymać rytm produkcji nastawiony na publikację w periodyku?

A teraz, na koniec Burzy, w „szczególniejszym szczególe”: K. Gawronkiewicz znany jest z dbałości o szczegóły swoich komiksów, o ich dokładne wizualne dopracowanie na poziomie kompozycji planszy i nadanie znaczenia elementom składowym poprzez ich formę graficzną (szerzej na ten temat w ZK#6, numerze poświęconym w całości autorowi). Mam tu na myśli elementy takie jak np. kształty ramek, ale przede wszystkim szeroko pojętą grafikę tekstu, a więc przenoszenie znaczenia na tekst poprzez zróżnicowane graficzne np. ramki dymka albo bezpośrednio samego tekstu- kolorem, czcionką etc. I w Burzy mamy do czynienia z takim właśnie pRzYpAdKiEm: całość tekstu dialogowego i narracyjnego w komiksie różni się czcionką od tej ramki, która zdaje się być maszynopisem lub fragmentem gazetowego artykułu. Jest to zatem przytoczenie jakiegoś dokumentu. Być może prasowego, być może historycznego, a może fragmentu korespondencji? Forma graficzna tekstu per se oraz w zderzeniu z formą graficzną pozostałego tekstu, jednoznacznie sugeruje świadomy wybór autora, tzn. dobór czcionki do relacjonowanej sytuacji celem stylizacji tego fragmentu i wyróżnienia. Ciężko mi zatem zgodzić się z tym, że to błąd w rzemiośle komiksowym, raczej świadomy wybór. Potwierdza to modus operandi K. Gawronkiewicza w „tych” kwestiach, ale też i fabuła samej historii. Ramka wyjaśnia, co się stało w alternatywnym wrześniu 1939 roku, wprowadza nas w świat opowieści, która koncentruje się na tym co było „po” Wygranej Kampanii Wrześniowej, a nie na niej samej. Ma formę retrospekcji, gdyż sam komiks rozpoczyna się 1 kwietnia 1940 roku (a przynajmniej jego fragment, którym dysponuję), i jest stylizacją graficzną tekstu, która zyskuje znaczenie odpowiednio zinterpretowana przez czytelnika. Ale oczywiście mogę się mylić, powyższa analiza i interpretacja nie są bowiem poparte żadnymi wypowiedziami autorów.

Zmierzam do tego, że tekst w komiksie może być elementem znaczeniowym graficznie, jakby z dodanym trzecim poziomem do znaku, który Saussure rozbijał tylko na dwa elementy. Znaczenie znaku tekstowego (tekstu) w komiksie to, wg. mnie, też ten trzeci poziom- wizualny (pośrednio lub bezpośrednio). Oczywiście zgadzam się z autorami fragmentu przytoczonego na początku, że bez obrazu nie ma mowy o komiksie, a bez tekstu to nadal może być komiks, ale jednocześnie podkreślam, że czasami to, co wygląda na rozwleczony opis tekstowy, poprzez formę graficzną może „chcieć” zakomunikować intencjonalność takiego „rozwleczenia” [w niektórych pRzYpAdKaCh powątpiewa się czy to nadal komiks, czy może ilustrowana książka? Np. Jestem Legendą w wersji komiksowej często obrywał za nadmierną „tekstowość”, ale... Sięgając do poprzedniego wpisu i do nazwiska Manoela de Oliveiry, awangardowego reżysera portugalskiego, który w pewnym okresie swojej reżyserskiej kariery „odfilmawiał” swoje filmy, „uteatralniał” je i „uliteratowiał” (większość, jeśli nie wszystkie jego obrazy, są mniej lub bardziej oparte na tekstach) w myśl zasady „adaptować kino do teatru/literatury, a nie literaturę/teatr do kina”, być może jest to świadoma próba „uliteratowienia” komiksu? Zgadywać można tylko z jakich pobudek]. A jednak w tym całym gąszczu zastrzeżeń jest „coś”, co składa się w zasadzie tylko z tekstu, a co ja nazywam komiksem.

Więc chodź, namaluj mi graffiti...



Śledzę mało komiksów internetowych, ale od jakiegoś czasu stałem się wielkim fanem stripa/cartoona (?) pt. Graffiti, którego autorem jest Gene Mora. Komiks ukazuje się 6 razy w tygodniu. Jest to bardzo oszczędna... forma komiksowa. Na narysowanej ścianie, płocie, czymkolwiek gdzie można zrobić graffiti, pojawia się jakaś złota myśl. Tekst ma formę stylizowaną na graficiarskie napisy, choć jest wpisywany starannie, ze zróżnicowanym charakterem konkretnych liter. A same wpisy to ironiczne, zabawne, zjadliwe, wszelakie komentarze do życia, aktualnych wydarzeń, czasami być może zasłyszane w rozmowie bardzo celne puenty. Według samego autora Graffiti jest jak ostatni panel komiksowego stripa. I rzeczywiście, wiele z tych napisów czyta się jak konkluzję jakiejś historyjki, którą możemy sobie tylko wyobrazić, a którą być może autor przeżył danego dnia lub któregoś innego. W moim odczuciu uniwersalizuje to bardzo przekaz, bo nie odnosi się bezpośrednio do żadnej konkretnej sytuacji, choć w rzeczywistości może być jej podsumowaniem. Dodatkowo sama przyjęta forma, graffiti, zakłada anonimowość. Biorąc pod uwagę, że graffiti jest nielegalne, uważane za wandalizm, i tylko czasami i w niektórych miejscach przymyka się na nie oko, autorzy podpisują się co najwyżej ksywkami. To również w pewnym sensie uniwersalizuje przekaz. Sam autor pasjonuje się typografią i pismem ręcznym, a więc nie dziwi, że wybrał sobie na komiks taką formę.

Koniec końców

Mam świadomość tego, że Graffiti to nie komiks sensu stricto, ale jakaś forma graniczna pomiędzy ilustracją, a komiksem, ale fascynuje mnie to, że Gene Mora w pełnym zakresie tworzy formę komiksową opartą na grafice tekstu, eksplorując aspekt graficzny słowa, z którego w komiksie czasami zapomina się korzystać. I, co ważniejsze, forma Graffiti jest doskonale dobrana do tego, co autor chce przekazać. Mamy tu całkowitą zgodność formy i treści. Być może eliminując obraz, pozostawiając tylko tekst, nie otrzymamy komiksu, ale czy Graffiti pRzYpAdKiEm nie jest obrazem graffiti, „puentowym”, eliptycznym komiksem?

qba- the impossible medieval warrior

pssst! tak, to Nasze drugie urodziny :-)

2 komentarze:

arcz pisze...

Najlepszego!

qba- the impossible medieval warrior pisze...

bardzo dziękuję, będziemy obaj z mtz- the meaty supersonic angelem w Łodzi, będzie mogło być piwo, po okazji, ale zawsze to piwo ;-)

jedną rzecz muszę dodać- nowy baner to pasek komiksowy, który specjalnie na tę okazję narysował nam zaprzyjaźniony portugalski Niemiec Marc. Wcześniej opublikowany na

http://qualalbatroz.blogspot.com

Obrigadissimo, Marc!

(oryginalna puenta albatrosa brzmi- "zbieg okoliczności", ale chciałem nadać stripowi bardziej pRzYpAdKoWy charakter)