Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Good Bye Chunky Rice, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Good Bye Chunky Rice, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2009

Światowy Dzień Żółwia

Dziś jest Światowy Dzień Żółwia. Z jednej strony tak sobie myślę „czego to ludzie nie wymyślą”, takimi pierdołami się zajmować... A z drugiej: czemu nie? Przecież to takie sympatyczne zwierzę! W sumie nie przytuli się go jak kota, ale radości z rozmyślania nad tym gadem jest dużo: domek na plecach, pełny luz, zero pośpiechu, przecież wszędzie się zdąży. No i żółw widnieje też w herbie naszego zespołu piłkarskiego. Mrokiem tajemnicy, mgiełką zapomnienia i oparami alkoholu owiana jest geneza nazwy, pod którą gramy od 2005 roku, ale od tego czasu powstała masa powiedzonek, żartów na przeróżnym poziomie, które ten „żółwiowy” komponent wykorzystują. W sumie najprostszym wyjaśnieniem jest to, że na boisku poruszamy się w żółwim tempie, a po meczu pijemy piwo. Oczywiście ci, którzy piją, piją, inni już swoje wypili. Ogólnie wspólne granie w piłkę to okazja do dosyć beztroskiego spędzenia czasu i powstrzymania nadmiernego przyrostu tkanki tłuszczowej. Jeśli chodzi o wyniki, to raz na wozie, raz pod wozem, ale zawsze powolutku do przodu. Informacja o tym święcie wywołała u mnie szereg skojarzeń, głównie komiksowych.



Kiedyś wariowałem na punkcie kreskówki Wojownicze Żółwie Ninja, którą oparto na komiksie pod tym samym tytułem. Nie pamiętam w jakie dni tygodnia leciała, ale miałem niezły odlot siedząc przed telewizorem. Zawsze marzyłem o action figure Leonardo-



tego najbardziej lubiłem. I kiedyś w Szczytnie, wracając ze szkoły, wypatrzyłem bardzo fajne żółwiowe figurki. To był pewnie listopad, blisko do Gwiazdki, więc kombinowałem, że dostanę pod choinkę. No ale okazało się, że ktoś zdążył wykupić, a czasy były takie, że ciężko było znaleźć cokolwiek z gadżetów tego typu. Do dziś nie mam Leonardo na półce, ale coś mi się wydaje, że kiedyś w końcu stanie na niej obok Garfielda, Batmana, Doca Ocka, Spajdera, Wolviego, Thinga i Surfera (swoją drogą, z tej kolekcji figurek marvelowych to mocno mnie zawiódł Goblin- wyszedł na tyle słabo, że zrezygnowałem). Dopiero potem kupiłem kilka numerów timisemikowego komiksu, ale jakoś mnie nie wziął. Nie widziałem też serialu animowanego z 2003, ani serialu aktorskiego z 1997, ani filmu kinowego z 2007. A jednak pierwsza rzecz (no dobrze, druga), o jakiej pomyślałem w związku ze świętem żółwia, to właśnie Wojownicze Żółwie Ninja. W czasach pierwszego serialu animowanego (w Polsce leciał na początku lat dziewięćdziesiątych) zaczęły chyba też ujawniać się moje geekowe zapędy: miałem album z nalepkami!

Żółwie w komiksach oczywiście są, żeby tylko wymienić mikropolisowego samobójcę (oprócz tego wcinał też, jeśli dobrze pamiętam, kolorowe tabletki babci; no i genialne sprawdzał się w wielokrotnej sprzedaży- ależ te dzieci są pomysłowe) i żółwia Maciusia (symbol legendarnego Wilqa). Jest też oczywiście Chunky Rice. I w tym tkwi pRzYpAdEk: nie dalej jak przedwczoraj pożyczałem ten komiks, mój ulubiony. I nadal jest jak było, nadal nie znam osoby, której Good Bye Chunky Rice by się nie spodobał.



clunk

qba

pssst! skoro dziś takie święto, to ja odświętnie jeszcze dodam (po łacinie opolskiej): tuńczyki wszystkich krajów, łączcie się!

pssst!! a jeśli nie macie żółwia w domu, to sięgnijcie sobie dziś po komiks Craiga Thompsona, po ciepłą, lecz nie pretensjonalną opowieść o miłości i przyjaźni, i o tym, że daleka podróż zawsze pozwala na spojrzenie na wszystko z koniecznego dystansu. Jeśli nie macie jeszcze komiksu, kupcie go sobie koniecznie!!

pssst!!! psów nadal nie lubię, zwłaszcza tego małego ch#%&a, który cały dzień ujada na balkonie nad po sąsiedzku położonym warsztatem samochodowym, ale lektura Łajki mnie ruszyła. Nigdy nie wiedziałem i nigdy nie pomyślałem, że za tym propagandowym sukcesem skryło się tyle okrucieństwa. Nigdy nie zdobyłem się na refleksję w tym temacie, ale dobrze że Nick Abadzis się tym zajął; swoją drogą ciekawie zestawić sobie Łajkę ze Spacedogiem. Mimo że komiksy te dzieli 14 lat (!), to taka „podwójna porównawcza recenzja” (nawet jeśli tylko na Wasze potrzeby czytelnicze) z pewnością doprowadzi do wielu ciekawych wniosków. Oba komiksy szczerze polecam!!!

pssst!!!! no to teraz juz naprawdę clunk !!!!

niedziela, 10 stycznia 2010

pRzYpAdKi 2009- te najfajniejsze :-)

qba- the impossible new warrior: To był dla mnie przedziwny rok, pod każdym względem. Komiksowo też. Długo przeglądałem listę tego, co ukazało się w 2009, bo tak naprawdę ciężko było znaleźć mi niekwestionowanych kandydatów do podium. Poza jednym, ale o tym za kilka linijek. W zasadzie z rzeczy, które przychodzą mi na myśl, wybija się kilka, co nie świadczy oczywiście o niskim poziomie tytułów, które się ukazały. I tutaj leży pies pogrzebany, w poziomie komiksów. Wśród wytypowanych przeze mnie tytułów poziom jest jeden, bardzo wysoki. Nie potrafię jasno wskazać zwycięzcy tak, jak wcześniej w pRzYpAdKu From Hell, czy Powidoku wibrującej czerni. Rozczarowań komiksowych było wiele, ale nie będę się na nich skupiał, bo zależy mi raczej na podzieleniu się rzeczami pozytywnymi. Tradycyjnie w podsumowaniu pomijam swoje tłumaczenia i serie komiksowe, choć Żywe Trupy #8 niszczą! Musiałem niektóre sceny czytać po kilka razy, bo nie byłem w stanie uwierzyć w to, co się tam wyprawia. Miazga.

Zacznę od sceny polskiej. Tutaj jest zwycięzca, choć to osobiście dla mnie zwycięstwo przez łzy. 24 Września odsypiałem jakąś zarwaną nad pracą noc i nie chciało mi się ruszyć do telefonu, który dzwonił o nieludzkiej siódmej, czy ósmej rano. Nie wiem, nie widziałem za dobrze na oczy jeszcze. Olałem. Kiedy zadzwoniła mi komórka, odebrałem. To był mój brat z informacją, że zmarła nasza ukochana babcia. To Ona czytała mi pierwsze komiksy (najpierwszym był komiks "Powietrzne Szlaki"z serii Tajemnica Złotej Maczety, który mam schowany w segregatorze), kiedy ja sam jeszcze czytać nie umiałem. Zamurowało mnie. Przez pół godziny siedziałem na krześle i nie mogłem wstać. A potem sięgnąłem po... komiks. Pamiętam pierwszą lekturę Moherowych snów i "Krzesła w piekle". Już wtedy ta historia, jak to mówi chyba młodzież teraz, wytarzała mnie. Ta wiara Ozrabala w to, że można siłą woli i uporem sprowadzić ukochaną osobę autentycznie mnie wzruszyła. Że można śmierć wykiwać. Pokolenia marzycieli biorą przykład z Orfeusza i potrafią tchnąć w człowieka wiarę, która dodaje otuchy. Na pewno macie w rodzinie kogoś, dla kogo bylibyście w stanie zrobić wszystko, kto jest dla Was absolutnie wyjątkową postacią. My taką osobę straciliśmy i skłamałbym, gdybym napisał, że z tą stratą sobie poradziłem, ale przynajmniej komiks Wojdy i Gawronkiewicza pozwolił mi poradzić sobie z pierwszym szokiem i wyrzucić trochę bólu z siebie. Wystarczy, że zamknę oczy i wracają najbardziej koszmarne i bolesne momenty z ostatniego pożegnania i pogrzebu, ale wtedy mogę zawsze otworzyć ten komiks i przeczytać historię, którą znam na pamięć. I poczuć się lepiej. Dlatego ta reedycja jest dla mnie absolutnym komiksem roku 2009.

Również z tego względu, że o babci, ale nie tylko z tego powodu, na drugim miejscu jest Łauma. Myślę, że ten komiks KaeReLa podbije podsumowania wszelkie. Ciepła opowieść z elementami fantastycznymi, humorem, znakomicie skonstruowana (zabiegi narracyjne, mające na celu przedstawienie historii w sposób nielinearny, to jest mistrzostwo świata! Sprawiają, że rytm opowieści porywa czytelnika bez reszty) i uświadamiające mnie o istnieniu Jaćwingów. Jak już się dowiedziałem „o co cho” z tymi Jaćwingami, to potem w autobusie czytałem przez ramię jakiś tekst o tradycjach tego ludu, który pan w średnim wieku studiował. Pozdrawiam tego pana z autobusu linii 122. No nie wiem, czy trzeba kogoś zachęcać do kupna (to ktoś jeszcze nie ma???)? To jest komiks znakomity, bo łączy w sobie doskonale elementy formalne i treściowe. Jak już wspominałem w komentarzach tutaj- to jest dla mnie tytuł, który czyta mi się jak Good bye Chunky Rice, który w wersji polskiej za sprawą Timofa trafi do sklepów w przyszłym roku! I mam taką prośbę do czytelników pRzYpAdKiEm- na pewno podróżujecie po świecie, po różnych jego zakątkach. Jeśli traficie gdzieś na miejscową wersję tego komiksu, kupcie mi proszę. Zwrócę pieniądze oczywiście. Taki mam kaprys, żeby sobie uzbierać ten komiks w różnych wersjach językowych.

A na trzecim stopniu podium z tą sama ilością głosów Hmmmarlowe i Tragedyja Płocka. Hmmmarlowe za sympatyczną atmosferę, historyjkę z zakrętką i rysunek. Jak dla mnie ten komiks nie ma wzbudzać salw śmiechu, a utrzymywać w stale dobrym nastroju w trakcie lektury i chwilę po niej. Uwielbiam ten tytuł za to, że nie rości sobie żadnych pretensji, a mimo tego jest dobrym komiksem. Tragedyja Płocka to na pierwszy rzut oka propagandówka miastowa, do tego w kuriozalnym wydaniu. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Odróżnia ten komiks od innych robionych na zamówienie znakomita grafika Jacka Frąsia i niebanalnie skonstruowana przez Grzegorza Janusza historia. Niezwykły komiks jak na zamawiany przez miasto i niezwykły jako komiks po prostu. I z Polski to tyle.

A co tam u zagraniczniaków? Maksym Osa, Opowieści z Hrabstwa Essex, Fun Home, Pamiętam jak..., Wykiwani, Oskar Ed, Stój..., RG #1, D’artagnan: Dziennik Kadeta, Spacedog+Łajka, Bez Komentarza, Pan Naturalny, Trzy Cienie, Przybysz, Wyspa Burbonów, Spirit, Arq. To są rzeczy, które polecam wybrać z zalewu publikacji zeszłorocznych. Nic tutaj szczególnie się dla mnie nie wybija, te komiksy podobały mi się równie mocno, ale każdy za coś innego. No w zasadzie tylko jeden bym wrzucił ciut wyżej, Jasonowego Stója..., bo arcydziełem jest opowiedzieć prostą historię o trudnym okresie dorastania w sposób tak przejmujący, prawdziwy i świeży. Za to samo umieściłem na liście D’artagnana, bo to jest historia znana wszystkim, ale opowiedziana z pazurem i ciekawie. I jak rozplanowana jeśli chodzi o kompozycję! Majstersztyk. Również Przybysz i Trzy Cienie traktują o tematach poruszanych wielokrotnie w sztuce, ale robią to z takim powiewem świeżości, że nie sposób oprzeć się urokowi rysunku i opowiedzianej historii. Człowiekowi robi się lepiej, kiedy pozna te opowieści, a skoro tak, to muszą to być komiksy wyjątkowe. Opowieści z Hrabstwa Essex i Wykiwani to fantastycznie wciągające cegły. Wykiwani to komiks, który odczytam na wiele sposobów i przy każdej kolejnej lekturze będzie to uzależnione od moich doświadczeń życiowych. Pisałem już obszernie o tym komiksie tutaj i wiele więcej nie muszę chyba dodawać. Opowieści to niesamowita saga o miejscu. Oprócz zapętlonych życiowych historii jest tutaj niesamowita kreska i palce lizać zabiegi narracyjne. Maksym i RG to diametralnie różne opowieści o detektywach, do których musiałem się przekonać. Do Maksyma za drugim razem, a do RG dopiero jak przeczytałem wydrukowany komiks. To się świetnie czyta, a przy poprawianiu tłumaczenia nie sądziłem, że w ogóle będę chciał ten komiks mieć na półce. Pamiętam jak... za zderzenie rysunku cartoonowego z poważną tematyką podjętą na przeróżne sposoby, co sprawia, że nie można się nudzić podczas lektury. Oskar Ed za rysunek i niesamowitą wizję świata, w którym świat rozmawia z tobą (trochę jak w Alchemiku Paulo Coelho :-) sam pamiętam jak po tej książce gadałem z ziarenkami pasku na plaży w Rozewiu :lol:), a wszystko okazuje się być odmiennym stanem świadomości i zrycia Twojego umysłu. Taka podróż oczyszczająca w głąb siebie, totalna jazda bez trzymanki i obietnicy szczęśliwego zakończenia. Spacedog+Łajka pojawiają się w połączeniu, bo Spacedog jest wariacją o tym, co by było gdyby Łajka z kosmosu wróciła. Dla mnie stanowią całość treściową. A z Łajki poznałem tę mroczną stronę pierwszego psa w kosmosie. Mimo że to smutna wiedza, cieszę się że już nie jestem ignorantem w temacie. Pan Naturalny, bo to klasyk, a Crumb niepoprawnym komiksiarzem jest. I nawet po latach potrafi szokować. W tym duchu klasycznym trafia tutaj również Spirit. Dobra zabawa z treścią i formą, trochę oddechu po autobiograficznych eisnerach. Wyspa Burbonów jest o piratach, a piraci są mi bliscy. Oszczędny, smutny rysunek, znakomicie dopasowany do smutnej opowieści o końcu piratów. Chociaż jest momentami nawet zabawnie. No i Arq- słyszałem głosy niezadowolenia, ale mi się podobają tutaj pewne niedopowiedzenia, historia mnie wciąga i daje mi margines na własną interpretację i błąd, który mogę skorygować przy kolejnych lekturach. Na koniec zostawiłem sobie Fun Home, który w zasadzie tak jak i Stój... nieznacznie wychyla swój książkowy grzbiet z tej półeczki najlepszych dla mnie komiksów zagranicznych 2009 roku. Znakomicie poprowadzona opowieść autobiograficzna, rozpisana ze spokojem na ponad 200 stron i traktująca o akceptowaniu swojej seksualności. Ważny temat, opowiedziany bez nachalnej lesbijskiej propagandy, a tego homoseksualnego narzucania się po prostu nie znoszę. I jest tutaj jak to w życiowych historiach- trochę dramatów, trochę humoru. Podziwiam odwagę autorki nie tylko za przełamywanie stereotypów, ale i za rozliczenie się ze swoją przeszłością poprzez próbę zrozumienia jej. A Bez Komentarza pozostawię... bez komentarza.

środa, 26 września 2007

PrZyPaDkieM przeczytane 01

No dobrze. Mieliśmy polecać dobre rzeczy do poczytania. Na początek kilka komiksów, które ostatnio wzbogaciły moje zbiory.

The 13th Son- Worse Thing Waiting
Jeśli nie wiecie kim jest Kelley Jones, to koniecznie musicie dokopać się do jego prac. W Polsce wyszło kilka zeszytówek Batmana (TM-Semic) z jego rysunkami. Wraz z Moenchem i Beattym stworzyli najlepsze gackowe trio. Nie miałem okazji czytać przygód Batmana w wersji, która podobałaby mi się bardziej.
Autorski komiks Jonesa to horror. Świetny rysunek, ciekawa historia (trzynasty syn kobiety, która stała się potem wiedźmą; trzynasty syn, jedyny który narodził się żywy… stał się łowcą innych potworów) i niezapomniane dialogi. Aż zacytuję rozmowę kochanków potworów:
- You never told me the joy of killing
- I didn’t have the words
Albo:
- We might survive this night, yet. Just keep killing.
A oto link do wydawcy:
http://www.darkhorse.com/profile/preview.php?theid=13-705

Tank Girl 1
Jamie Hewlett i Alan Martin stworzyli połączenie Pająka Jeruzalema i Lobo… w spódnicy. No może niekoniecznie w spódnicy, ale w żeńskim wydaniu. Pije, rozrabia, klnie, jest niepoprawna i sypia z kangurem Booga… Mało? Ma cycki jak rakiety (we śnie pewnego wojaka) :-) Mało? Piwo to jej paliwo. Mało? A dajcie spokój i kupcie sobie ten komiks. Dobra rozrywka.
PS: warto odkopać film nakręcony na podstawie komiksu w 1995 roku. Ja od tego zaczynałem:-)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Tank_Girl

Pussey!
Jak dla mnie kandydat do wydania w Polsce. Daniel Clowes o przemyśle komiksowym w USA. Warto, oprócz Ghost World, pokazać coś jeszcze tego autora. Rysunek jest tutaj bardziej karykaturalny, historia inna (chociaż… w zasadzie Pussey to odrzucony przez rówieśników nastolatek, jak dziewczyny z GW), ale sporo w niej celnych obserwacji środowiskowych. No kurcze warto. KG, o wielka Ku(ltu)ro Gniewu, do roboty :-)

Te trzy tytuły gorąco polecam. Wkrótce napiszę o następnych trzech (Skin Deep, Batman: Dark Joker The Wild i Batman: Harvest Breed). Celowo nie piszę o Sentences, Good Bye Chunky Rice i 100 Bullets: Once upon a crime. Mtz o tym coś skrobnie. Tzn. o całości CraigaThompsona i o 100 Kulkach (prawda mtz?).
qba

piątek, 2 stycznia 2009

Najlepsze pRzYpAdKi 2008…

...czyli najlepsze komiksy wydane w Polsce w roku 2008. Naszym zdaniem.

qba: wśród tytułów zagranicznych jeden komiks pozostaje poza wszelką konkurencją i stoi on dla mnie ponad podium. Mowa oczywiście o Prosto z piekła. Czytałem dwa razy: w pirackiej wersji angielskiej i w zakupionej timofowej. Po angielsku przyjąłem metodę „najpierw komiks, potem dodatki”. Po polsku „na zmianę rozdział i dodatek do niego”. I oba sposoby są dobre. Niesamowita precyzja, niesamowita interpretacja dokumentów i do tego odautorska fikcja. Nie wiem czy ktoś spróbował już złapać Allana Moore’a na jakichś nieścisłościach czy przekłamaniach, bo ogrom materiału do zweryfikowania przeraża. Uwielbiam ten komiks właśnie za rozmiar i za precyzję, za do bólu konwencjonalne kadrowanie i za kapitalny rysunek. Rozdziały czwarty i dziesiąty dosłownie wbijają w fotel czy tam w to na czym czytacie/będziecie czytać. Dostać cegłą tej wagi w głowę jest bardzo dobrze od czasu do czasu. Przy takim komiksie ciężko napisać coś mądrego w kilku słowach. Jak dla mnie na tym polega właśnie fenomen arcydzieła: w pierwszym z nim zetknięciu nie jesteście w stanie nic powiedzieć. Jego esencja Was przenika i wiąże, i musicie wrócić do kolejnych lektur. Napiszę jedno: dwie to za mało.

A co do reszty zagranicznych komiksów to mam problem. Wyszła masa świetnych tytułów, które w pRzYpAdKoWej kolejności wskażę: Hardboiled za bezpretensjonalną sieczkę i popis rysunkowy (przecież niektórzy autorzy te kilku stronicowe sekwencje upchnęliby na jednej); 5 to liczba doskonała za dramatyczną i pięknie skomponowaną (rysunkowo-tekstowo) historię oraz Numer Otta, o którym już raz pisałem tutaj; Pssst!, bo to jest mistrzostwo świata w wykonaniu Jasona, bo otwierająca zbiorek historyjka jest oparta na prostym i wzruszającym pomyśle podobnym do tego z Good bye Chunky Rice, gdzie rozlega się przepiękne clunk, podczas gdy w Pssst! słyszymy pełen (bez)nadziei plusk (na tym przykładzie okazuje się również, że tzw. komiks niemy można przetłumaczyć); i jeszcze Józek i Niewinny Pasażer razem, bo Józek to kapitalny żart, a Niewinny Pasażer to podróż ku samodoskonaleniu. I tyle bym rozdał swoich nagród, ale wśród nominowanych znaleźli się też Pirat Izaak, Przedwieczni, Mury Samaris, Berlin, Możemy zostać przyjaciółmi, Kroniki birmańskie, Opowieści grozy i Suka. To tylko pokazuje jak wiele dobrych komiksów ukazało się w tym roku.

Wśród Polaków zwycięzca też jest zdecydowanie tylko jeden: Zostawiając powidok wibrującej czerni. Rzadko mam takie łał podczas czytania, jak miałem w tym pRzYpAdKu. Bo to są na początku wyrwane z kalendarza kartki, które idealnie opadają na podłogę, aby w drugiej części ułożyć się w czyjeś życie. Daniel balansuje na różnych granicach, potrafi celnie ująć skomplikowaną kwestię na jednej planszy, pozostawiając ją zdefiniowaną dla siebie, ale otwartą dla innych. Tyle niesamowitych uczuć i refleksji nie towarzyszyło mi przy czytaniu komiksu nigdy. Doszedłem też do wniosku, że najbardziej lubię te komiksy, których nie potrafię ocenić subiektywnie. Dużo tych rzeczy mi się wyświetliło w zetknięciu z powidokiem, więc musiał on wygrać.

Dalej jak dla mnie Boli.blog. Przed papierową wersją bardzo sporadycznie podglądałem rysunki on-line i nadal tak będzie. Poczekam na kolejny tom. Pozbawione granic żarty, golasy, swoboda- tego nam trzeba panowie. Zastanawia mnie tylko dlaczego kiedy koleżanka kupiła komiks (swojemu facetowi w prezencie :lol:) i określiła go jako pornograficzny, ja zaprotestowałem, nazywając go zaledwie erotycznym…

Blaki: paski ląduje tutaj, bo są tam koty. No mam słabość do tych zwierzaków i tyle. I jeszcze Na szybko spisane#2, bo wcale nie jest słabsze od jedynki. To jest bardzo dobry komiks: dla jednych nostalgiczny, dla innych subiektywnie kronikarski, dla mnie po trochu jedno i drugie. Po resztę polskości muszę zajrzeć na regał… Co by tu jeszcze? Bajabongo, Alicja: po drugiej stronie lustra. I tak sobie radośnie mogę wymieniać, bo za dużo tej dobroci było. Ale może jest tak, jak to kiedyś Kaliber 44 ujął- lepiej jak jest więcej.

mtz: Ciężko napisać tu coś mądrego komuś, kto z rynkiem polskim styczność ma okazjonalną. Ostatni rok, choć w komiksy jak zwykle niebiedny, jakoś mi umknął – może mieć to jakiś związek z dzieleniem czasu pomiędzy obowiązki szkolne, znajomych, męczenie pada od konsoli i czytanie, niełatwo jakoś znaleźć mi w każdym razie bezsprzecznych kandydatów na podium. Zamiast tego zdecydowałem się na dość luźne podsumowanie różnorakich premier, niestety jednak, nie dałem rady przeczytać wszystkiego. A jak coś już przeczytać po przybyciu do kraju chciałem, pRzYpAdKoWy brat poinformował mnie, że akurat to pożyczył. No pech, ale wybaczam, tak jak i on mi małą aktywność na blogu wybaczył. Bo chyba wybaczył.

Z tytułów zagranicznych, największym dziełem zdaje się być Prosto z Piekła – mój dotychczasowy kontakt z tą lekturą okazał się być ostrą jazdą. I satysfakcjonującą. A komiks do tego walory edukacyjne posiada – takiej ilości ciekawostek o dziewiętnastowiecznym Londynie i obyczajach jego mieszkańców bym inaczej zapewne nie poznał ; )
O 5 to liczba doskonała, Igorta i Możemy zostać przyjaciółmi, Mawila pisałem już kiedyś, ich znalezienie się tutaj jest więc naturalnie niepRzYpAdKoWe.
Wizytę w Berlinie z początku lat dwudziestych minionego wieku zawdzięczamy Kulturze Gniewu – jeden z tych komiksów, które najczęściej zostają wyciągane, gdy trzeba „bronić honoru gatunku” i udowadniać, że komiks to nie tylko trykociarze demolujący Nowy Jork. Co nie zmienia faktu, że Miasto Kamieni jest jedną z lepszych publikacji tego roku. I, nie oszukujmy się, lubię styl Lutesa. A skoro już znajdujemy się w Niemczech, grzechem byłoby nie wyruszenie na morze wraz z Niewinnym Pasażerem – Martin Tom Dieck to autor, który ostatnimi czasy daje mi sporo do myślenia, a Pasażer jest tego najlepszym przykładem. Zresztą dało się już chyba poznać, że my tu komiksy niezależne wysoko cenimy.

Krótki akapit poświęcony nowym seriom, bo nie widzę żadnego powodu, dla którego miały by one nie zostać tu wspomniane: Manzoku zaatakowało w tym roku przygodami Yoryka w Y: Ostatni z mężczyzn, oraz dało nam posmakować życia na będącym strefą zdemilitaryzowaną Manhattanie w DMZ. Jeżeli komukolwiek brakuje na polshicie westernów, Mucha proponuje Loveless. I jak dla mnie są to 3 serie, które zbierać wypada, co by nie skończyły jak 100 Naboi, czy Transmetropolitan…

Nie potrafię za to napisać niczego sensownego o pozycjach Polskich – niestety, to one najbardziej ucierpiały na moim podczytywaniu podczas pobytów w stolicy kraju. Mogę powiedzieć, że nowe Na Szybko Spisane jest dobre. A to, że ludzie spodziewali się od tego komiksu cudów, to tylko i wyłącznie ich wina, mi się tam podobało. Śledziu na poziomie kontynuował to, co zaczął i to mu się chwali. Teraz czekamy na zakończenie trylogii.
Mogę też powiedzieć, że Boli Blog w wersji papierowej to dość odważny krok. Nie jestem pewien, czy TVN użył już tego tytułu w jakimś krytykującym zepsucie młodzieży reportażu, ale kandydat idealny. I dobrze. Dla mnie komiks jak najbardziej na plus, swoboda z jaką autor podchodzi do tematu przypomina, że żyjemy w wolnym świecie i nie musimy się bać żadnej cenzury ; )

I po te tytuły sięgajcie. I niech te opary postsylwestrowe już odejdą, co by można z trzeźwym umysłem czytać i czytać i czytać i oglądać. Niech komiksy będą z Wami!

środa, 26 września 2007

PrZyPaDeK Thompsona

I nie mówimy tu wcale o amerykańskim prawniku, który od dłuższego czasu walczy z przemocą w grach video ; )

Craiga Thompsona polscy czytelnicy znają głównie dzięki Timofowi, który w okolicach Gwiazdki 2k6 wydał jego najpopularniejsze dzieło - Blankets. Komiks zebrał świetne recenzje - i nie mogę powiedzieć, że niezasłużenie. Autobiograficzna historia o pierwszej miłości, dorastaniu, pierwszej miłości, religii, pierwszej miłości i śniegu wciąga jak nic innego - przez ponad 500 stron komiksu czytelnik nie zauważa niczego, co się dookoła niego dzieje. A jak już kończy i stwierdza, że rzecz jest świetna, spędza kolejne 15 minut na przewracaniu stron i szukaniu swoich ulubionych scen.

Naturalnie każdy, kto czyta wstępy, opisy i recenzje wie, że "Blanketsy" nie były pierwszym komiksem tego autora - wcześniej stworzył on coś o nazwie Good-bye, Chunky Rice. No wszystko fajnie, niby wygrało jakieś nagrody, ale skoro tego nie wydali jako pierwszego, to znaczy, że gorsze. Prawda? Nie.

Dużo krótsza historia, wydana w zupełnie innym formacie doczekała się aż sześciu różnych wydań od 1999 roku. Jeśli samo to o czymś nie świadczy, to napiszę więcej: bardzo sympatyczna kreska (nie mająca prawie niczego wspólnego z tą, jaką Thompson operuje obecnie), barwne postaci, wątki, zakończenie... Opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, miłości i tęsknocie. I kilku innych rzeczach - nie chcę zdradzać więcej. Całość przeczytałem od deski do deski, nie zważając na stygnącą herbatę, ludzi dobijających się na GG i dzwoniący telefon. Musiszmieć dla każdego fana komiksów i w gruncie rzeczy jeden z najlepszych moich zakupów ostatniego półrocza.

Na sam koniec chciałbym wspomnieć o ostatnim projekcie Craiga - Carnet de Voyage. W zasadzie ciężko tu mówić o kolejnej, złożonej historii tworzonej przez lata (taką ma być HABIBI) - Carnet to zbiór szkiców z trzech miesięcy podróży, jaką w 2004 roku odbył Thomspon po Europie - opowiada on o swojej wizycie we Francji, Maroko i Barcelonie (pokrótce wspominając także o wypadzie do Szwajcarii). Tak jak w przypadku Blankets, nie boi się mówić o swoim życiu prywatnym - sporo wzmianek dotyczy ostatniego związku Craiga, jak i o jego problemach z artretyzmem (możecie sobie wyobrazić, co to znaczy dla kogoś, kto jeździ od miasta do miasta rysując dziennik i podpisując książki).
Świetne szkice miast, natury i ludzi, rozważania autora na różne tematy i jego reakcje na kulturę europejską. Cóż więcej można powiedzieć? Przyjemny przerywnik między dwoma wielkimi dziełami Thompsona.

Nie rozumiem tylko, czemu niemieckie wydawnictwo REPRODUKT tłumaczyło tytuł (Tagebuch einer Reise). Ale to chyba u Niemców standard - z Death in a strange country robią Endstation Venedig, a ze Split second Chance - Die zweite Chance.

Blog autora (Eng.)

mtz