
Kiedyś wariowałem na punkcie kreskówki Wojownicze Żółwie Ninja, którą oparto na komiksie pod tym samym tytułem. Nie pamiętam w jakie dni tygodnia leciała, ale miałem niezły odlot siedząc przed telewizorem. Zawsze marzyłem o action figure Leonardo-

tego najbardziej lubiłem. I kiedyś w Szczytnie, wracając ze szkoły, wypatrzyłem bardzo fajne żółwiowe figurki. To był pewnie listopad, blisko do Gwiazdki, więc kombinowałem, że dostanę pod choinkę. No ale okazało się, że ktoś zdążył wykupić, a czasy były takie, że ciężko było znaleźć cokolwiek z gadżetów tego typu. Do dziś nie mam Leonardo na półce, ale coś mi się wydaje, że kiedyś w końcu stanie na niej obok Garfielda, Batmana, Doca Ocka, Spajdera, Wolviego, Thinga i Surfera (swoją drogą, z tej kolekcji figurek marvelowych to mocno mnie zawiódł Goblin- wyszedł na tyle słabo, że zrezygnowałem). Dopiero potem kupiłem kilka numerów timisemikowego komiksu, ale jakoś mnie nie wziął. Nie widziałem też serialu animowanego z 2003, ani serialu aktorskiego z 1997, ani filmu kinowego z 2007. A jednak pierwsza rzecz (no dobrze, druga), o jakiej pomyślałem w związku ze świętem żółwia, to właśnie Wojownicze Żółwie Ninja. W czasach pierwszego serialu animowanego (w Polsce leciał na początku lat dziewięćdziesiątych) zaczęły chyba też ujawniać się moje geekowe zapędy: miałem album z nalepkami!
Żółwie w komiksach oczywiście są, żeby tylko wymienić mikropolisowego samobójcę (oprócz tego wcinał też, jeśli dobrze pamiętam, kolorowe tabletki babci; no i genialne sprawdzał się w wielokrotnej sprzedaży- ależ te dzieci są pomysłowe) i żółwia Maciusia (symbol legendarnego Wilqa). Jest też oczywiście Chunky Rice. I w tym tkwi pRzYpAdEk: nie dalej jak przedwczoraj pożyczałem ten komiks, mój ulubiony. I nadal jest jak było, nadal nie znam osoby, której Good Bye Chunky Rice by się nie spodobał.

clunk
qba
pssst! skoro dziś takie święto, to ja odświętnie jeszcze dodam (po łacinie opolskiej): tuńczyki wszystkich krajów, łączcie się!
pssst!! a jeśli nie macie żółwia w domu, to sięgnijcie sobie dziś po komiks Craiga Thompsona, po ciepłą, lecz nie pretensjonalną opowieść o miłości i przyjaźni, i o tym, że daleka podróż zawsze pozwala na spojrzenie na wszystko z koniecznego dystansu. Jeśli nie macie jeszcze komiksu, kupcie go sobie koniecznie!!
pssst!!! psów nadal nie lubię, zwłaszcza tego małego ch#%&a, który cały dzień ujada na balkonie nad po sąsiedzku położonym warsztatem samochodowym, ale lektura Łajki mnie ruszyła. Nigdy nie wiedziałem i nigdy nie pomyślałem, że za tym propagandowym sukcesem skryło się tyle okrucieństwa. Nigdy nie zdobyłem się na refleksję w tym temacie, ale dobrze że Nick Abadzis się tym zajął; swoją drogą ciekawie zestawić sobie Łajkę ze Spacedogiem. Mimo że komiksy te dzieli 14 lat (!), to taka „podwójna porównawcza recenzja” (nawet jeśli tylko na Wasze potrzeby czytelnicze) z pewnością doprowadzi do wielu ciekawych wniosków. Oba komiksy szczerze polecam!!!
pssst!!!! no to teraz juz naprawdę clunk !!!!
5 komentarzy:
miałem i figurkę Leonardo i album z naklejkami i nagrodę za wysłanie 10 opakowań po naklejkach. nagrodą okazała się... duża naklejka.
a co do psów: przygotuj się na jutrzejsze spotkanie z moim potworem :D
wow! i pozbyłeś się figurki?!
spotkanie z potworem przeżyłem :-P
jestem cały czas pod wrażeniem Twojej przestrzeni pokojowej. Dzieki za gościnę i grilowane mięsiwa.
Nie lubisz psów??? To w takim razie idę sobie z tego bloga i definitywnie zaprzestaję bycia fanką-czytelniczką.
hehe, no nie lubię... denerwują mnie swoim idiotycznym ujadaniem bez powodu. no ale niektóre nawet ładnie wyglądają. A i psia terapia komiksowa działa. O, już wiem, jednego lubię- Snoopyego!
edit: i Jasonowe psopodobne postaci też, o!
nie idź sobie z bloga ;-)
Prześlij komentarz