niedziela, 24 stycznia 2010

11th Porto Cartoon Festival


Blog pRzYpAdKiEm wystartował 18 września 2007 roku, ale pierwszy poważniejszy wpis pojawił się na nim dwa dni później i dotyczył dziewiątej edycji festiwalu rysunku humorystycznego Porto Cartoon Festival, który uznawany jest za jeden z największych tego typu. Oczywiście wtedy zupełnym pRzYpAdKiEm znalazłem się w Porto i poszedłem obejrzeć ekspozycję. Tym razem pRzYpAdEk też odegrał pewną rolę, bo zupełnym pRzYpAdKiEm dowiedziałem się o tym, że jedenasta edycja ma swoją wystawę akurat wtedy, kiedy do miasta winem płynącego zawitałem w pierwszych dniach roku 2010. Jakiś roztargniony człowiek zapomniał zabrać ze sobą informator kulturalny Porto i okolic na styczeń 2010, zostawiając go na murku tarasu widokowego, i ten właśnie informator padł moim łupem.




Wystawa jak zwykle znalazła schronienie w Muzeum Prasy, które zlokalizowane jest w mało przyjemnej okolicy i nie wygląda zbyt reprezentacyjnie, ale przecież liczy się to, co można zobaczyć wewnątrz. Tematem prezentowanych prac w ramach jedenastej edycji konkursu był KRYZYS. No bo jakie inne słowo nie schodziło z ust wszystkich w minionym roku? I jaka jest lepsza metoda na przetrwanie kryzysu poza zaciskaniem pasa i ciężką pracą? Humor właśnie. Wystawa jest ogromna i oprócz prac zeszłorocznej edycji można oglądać też te nagrodzone podczas wcześniejszych odsłon konkursu. Jak to zwykle bywa nie zawsze zwycięska praca, wybierana przez juri, podoba się publiczności najbardziej. Wzorem lat ubiegłych odwiedzający mogą przyznać swoją nagrodę, głosując na miejscu za pomocą karty lub wirtualnie, na specjalnie przygotowanym po temu sprzęcie.




Przestrzeń, w której odbywa się ekspozycja nie jest zbyt widowiskowa, a to z jednej strony zaskakuje in plus, z drugiej in minus. Po ostatniej Amadorze spodziewałem się, że każda wystawa będzie miała efektownie zaaranżowaną przestrzeń i dziwnie czuję się w takim minimalistycznie przygotowanym miejscu. Na plus przemawia to, że nic nie odciąga uwagi od sedna, czyli od stojących na wysokim poziomie prac autorów z całego świata. Niestety jest troszeczkę niechlujnie, bo nikt nie dba o odklejające się karteczki z tytułami prac i nazwiskami autorów... Problemem jest też ilość zaprezentowanych prac, bo powiedzmy sobie szczerze, prozaiczne zmęczenie, które dopadnie każdego przy sto pięćdziesiątym rysunku, odbiera sporo radości z kontemplowania. Nie chcę specjalnie narzekać, ale zdecydowanie lepiej albo zrobić sobie krótką przerwę w trakcie zwiedzania, albo zakupić album, na który już mi nie wystarczyło pieniędzy niestety, i obejrzeć go sobie w domu w kilku odsłonach. Pod tym linkiem (trzecie miejsce dla Polaka!) możecie przekonać się, które prace zaimponowały juri najbardziej. Oczywiście choć zwycięska praca mi się podoba, to z przekory chyba poszukiwałem jakiejś innej, która by mnie powaliła, i o której mógłbym powiedzieć: TO JEST TO! No i oczywiście jest kilka prac, które nawet nie dostały wyróżnienia, a które jak dla mnie mogą konkurować z tą zwycięską. Całość zdjęć wykonanych na wystawie wrzucam w pokazie na końcu. Mało to profesjonalne z mojej strony, że bez nazwisk autorów, ale niestety nie zanotowałem nigdzie, a o sfotografowaniu z karteczkami pomyślałem pod koniec sesji zdjęciowej... Te najważniejsze, nagrodzone, są podpisane i do obejrzenia pod wskazanym już wyżej linkiem. Natomiast moje wybory wklejam niestety anonimowo, ale żeby jakoś to usprawiedliwić napiszę tak: artyści z całego świata zjednoczyli się w jednym, silnym głosie w sprawie kryzysu. Niech przemawia zatem ten jeden mocny, wspólny głos, a nie tysiąc odrębnych, które stworzyłyby wrzawę nie do zrozumienia. A oto moje typy:

1- to jest mój kandydat do zwycięstwa- prościej, dobitnej i dowcipniej już nie można.



2- krwiożerczym dolarem w szyję! Horror, groteska- twój dawny przyjaciel, twoim katem teraz i tutaj!



3- to jest najfajniejsza dla mnie graficznie praca z całej wystawy, choć na zdjęciu tego zapewne nie widać...



4- uwielbiam ten rysunek- balansuje on na granicy dobrego smaku, ale jest jednak na swój sposób elegancki, chyba przez technikę wykonania, przez tę czystą kreskę. Te uśmiechy, ta rozpacz, ta groza, że każdego to kiedyś dopadnie...



5- A to? For sale, czyli kryzys dosięga nawet szejków.



6- służący służy do końca. Nawet gustownym kamieniem na szyję. Niesamowita ironia.



7- Zagranie tym niewinnym i jednoznacznie kojarzonym symbolem nabiera niezwykłej siły. Gołąbek chciałby przynieść pokój, ale jak ma się dostać do klatki? Ptak zamiast pragnąć wolności, próbuje dostać się do środka- prosty pomysł, ale fantastyczny przekaz!



8- Niby prosty koncept, który powtarza się w kilku innych pracach, ale ta z kartami kredytowymi VISA zawiera w sobie nieosiągalny innym rysunkom dramatyzm.



9- Zobaczcie, nawet najstarszy zawód świata został dotknięty kryzysem!



A tu fotki pozostałe:

Porto Cartoon 2010


qba- the impossible cartoon warrior

niedziela, 17 stycznia 2010

pRzYpAdKoWe gadżety 03

W dwóch pierwszych odsłonach chwaliłem się garfieldowymi i batmanowymi gadżetami. Tym razem będzie i o tym pierwszym, i o tym drugim, i jeszcze o czymś.

Żeby zachować pozory zdrowego trybu życia i żywienia, od czasu do czasu robię sobie tydzień z płatkami na śniadanie. I jak to z dziećmi bywa, ulubiony bohater dyktuje nawyki zakupowe, stąd też jadam mlekołaki, które zachwala Garfield. A w środku jakże na czasie naklejka:



W pewnej dużej sieci sklepów do zakupów za ileś tam złotych dorzucają domino z Garfieldem. Żadna to nowość, bo reklamy były na gigantycznych bilbordach, ale domino jest ładniutkie. Oczywiście reguł gry nie pamiętam, więc tak sobie poskładałem. Na zrobienie napisu pRzYpAdKiEm nie wystarczyło elementów:




W ogólnym zamieszaniu remontowo-przeprowadzkowym moja mam znalazła coś, o czego istnieniu już zapomniałem. Karty z kadrami z pierwszego kinowego burtonowskiego Batmana! I to z napisami po niemiecku, żeby było ciekawiej. Wydaje mi się, że sprzedawali je z jakąś gumą do żucia, ale pamięć bywa zawodna, a ewentualny zapach gumy po ponad 20 latach się ulotnił... Miałem 9 lat, kiedy ten film powstał i pamiętam, że kiedy wchodził do kin w telewizji leciały zajawki. Zawsze ten sam króciutki fragment, który oglądałem jak zahipnotyzowany. No i w końcu mama zabrała mnie do kina dzielnicowego. Do tego samego, w którym wczoraj zadebiutował teatr. Kina Ochota już nie ma, ostatni raz byłem tam chyba na Armegedonie z boskim Brucem (nie licząc oczywiście późniejszych WueSeK), ale nigdy nie zapomnę najlepszego w roli gacka Keatona, którego nawet narysowałem pod wpływem filmu :lol:





A to jest gwóźdź programu. Dla niektórych gwóźdź dla trumny, taki mój wybryk ostatecznie uświadamiający ludziom w moim otoczeniu, że jestem gadżeciarzem i dzieckiem: specjalne dwupłytowe wydanie DVD pierwszej części filmu Iron Man w pudełku w kształcie maski „Żelazka”! Ok, widziałem takie bajery z Transformerami i z Termintorem, ale dopiero kiedy mój wzrok padł na TO, włączył się natychmiastowy geek alert. Ciekawe, że ta portugalska edycja ma menu i napisy też po polsku. Szkoda, że pudełko jest z plastiku,




ale metalowe chyba zbytnio by podniosło cenę. Dodatków jeszcze nie oglądałem, bo w sumie nie przepadam za nimi w wydaniach DVD. Tutaj chodziło głównie o pudełko-maskę. Wydanie tego filmu w tak atrakcyjnej formie to znakomity chwyt marketingowy, bo mimo że film widziałem wcześniej i bardzo mi się spodobał, to jednak nie mogłem się na zakup zdecydować. Ostatecznie przekonała mnie ta edycja. A sam film jest znakomity w swojej kategorii rozrywkowego kina zrobionego z pomysłem, humorem i dużą dawką akcji. Fajnie pogrzebano w originie postaci, aktualizując go do naszej smutnej, terrorystycznej rzeczywistości. Fantastycznie wykreowano Tony’ego Starka- to taki bardziej cyniczny Bruce Wayne. Aż się nie mogę doczekać drugiej części!



qba- the impossible iron warrior

psst! Sskąd on bierze te zabawki, spytacie? He, he.

niedziela, 10 stycznia 2010

pRzYpAdKi 2009- te najfajniejsze :-)

qba- the impossible new warrior: To był dla mnie przedziwny rok, pod każdym względem. Komiksowo też. Długo przeglądałem listę tego, co ukazało się w 2009, bo tak naprawdę ciężko było znaleźć mi niekwestionowanych kandydatów do podium. Poza jednym, ale o tym za kilka linijek. W zasadzie z rzeczy, które przychodzą mi na myśl, wybija się kilka, co nie świadczy oczywiście o niskim poziomie tytułów, które się ukazały. I tutaj leży pies pogrzebany, w poziomie komiksów. Wśród wytypowanych przeze mnie tytułów poziom jest jeden, bardzo wysoki. Nie potrafię jasno wskazać zwycięzcy tak, jak wcześniej w pRzYpAdKu From Hell, czy Powidoku wibrującej czerni. Rozczarowań komiksowych było wiele, ale nie będę się na nich skupiał, bo zależy mi raczej na podzieleniu się rzeczami pozytywnymi. Tradycyjnie w podsumowaniu pomijam swoje tłumaczenia i serie komiksowe, choć Żywe Trupy #8 niszczą! Musiałem niektóre sceny czytać po kilka razy, bo nie byłem w stanie uwierzyć w to, co się tam wyprawia. Miazga.

Zacznę od sceny polskiej. Tutaj jest zwycięzca, choć to osobiście dla mnie zwycięstwo przez łzy. 24 Września odsypiałem jakąś zarwaną nad pracą noc i nie chciało mi się ruszyć do telefonu, który dzwonił o nieludzkiej siódmej, czy ósmej rano. Nie wiem, nie widziałem za dobrze na oczy jeszcze. Olałem. Kiedy zadzwoniła mi komórka, odebrałem. To był mój brat z informacją, że zmarła nasza ukochana babcia. To Ona czytała mi pierwsze komiksy (najpierwszym był komiks "Powietrzne Szlaki"z serii Tajemnica Złotej Maczety, który mam schowany w segregatorze), kiedy ja sam jeszcze czytać nie umiałem. Zamurowało mnie. Przez pół godziny siedziałem na krześle i nie mogłem wstać. A potem sięgnąłem po... komiks. Pamiętam pierwszą lekturę Moherowych snów i "Krzesła w piekle". Już wtedy ta historia, jak to mówi chyba młodzież teraz, wytarzała mnie. Ta wiara Ozrabala w to, że można siłą woli i uporem sprowadzić ukochaną osobę autentycznie mnie wzruszyła. Że można śmierć wykiwać. Pokolenia marzycieli biorą przykład z Orfeusza i potrafią tchnąć w człowieka wiarę, która dodaje otuchy. Na pewno macie w rodzinie kogoś, dla kogo bylibyście w stanie zrobić wszystko, kto jest dla Was absolutnie wyjątkową postacią. My taką osobę straciliśmy i skłamałbym, gdybym napisał, że z tą stratą sobie poradziłem, ale przynajmniej komiks Wojdy i Gawronkiewicza pozwolił mi poradzić sobie z pierwszym szokiem i wyrzucić trochę bólu z siebie. Wystarczy, że zamknę oczy i wracają najbardziej koszmarne i bolesne momenty z ostatniego pożegnania i pogrzebu, ale wtedy mogę zawsze otworzyć ten komiks i przeczytać historię, którą znam na pamięć. I poczuć się lepiej. Dlatego ta reedycja jest dla mnie absolutnym komiksem roku 2009.

Również z tego względu, że o babci, ale nie tylko z tego powodu, na drugim miejscu jest Łauma. Myślę, że ten komiks KaeReLa podbije podsumowania wszelkie. Ciepła opowieść z elementami fantastycznymi, humorem, znakomicie skonstruowana (zabiegi narracyjne, mające na celu przedstawienie historii w sposób nielinearny, to jest mistrzostwo świata! Sprawiają, że rytm opowieści porywa czytelnika bez reszty) i uświadamiające mnie o istnieniu Jaćwingów. Jak już się dowiedziałem „o co cho” z tymi Jaćwingami, to potem w autobusie czytałem przez ramię jakiś tekst o tradycjach tego ludu, który pan w średnim wieku studiował. Pozdrawiam tego pana z autobusu linii 122. No nie wiem, czy trzeba kogoś zachęcać do kupna (to ktoś jeszcze nie ma???)? To jest komiks znakomity, bo łączy w sobie doskonale elementy formalne i treściowe. Jak już wspominałem w komentarzach tutaj- to jest dla mnie tytuł, który czyta mi się jak Good bye Chunky Rice, który w wersji polskiej za sprawą Timofa trafi do sklepów w przyszłym roku! I mam taką prośbę do czytelników pRzYpAdKiEm- na pewno podróżujecie po świecie, po różnych jego zakątkach. Jeśli traficie gdzieś na miejscową wersję tego komiksu, kupcie mi proszę. Zwrócę pieniądze oczywiście. Taki mam kaprys, żeby sobie uzbierać ten komiks w różnych wersjach językowych.

A na trzecim stopniu podium z tą sama ilością głosów Hmmmarlowe i Tragedyja Płocka. Hmmmarlowe za sympatyczną atmosferę, historyjkę z zakrętką i rysunek. Jak dla mnie ten komiks nie ma wzbudzać salw śmiechu, a utrzymywać w stale dobrym nastroju w trakcie lektury i chwilę po niej. Uwielbiam ten tytuł za to, że nie rości sobie żadnych pretensji, a mimo tego jest dobrym komiksem. Tragedyja Płocka to na pierwszy rzut oka propagandówka miastowa, do tego w kuriozalnym wydaniu. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Odróżnia ten komiks od innych robionych na zamówienie znakomita grafika Jacka Frąsia i niebanalnie skonstruowana przez Grzegorza Janusza historia. Niezwykły komiks jak na zamawiany przez miasto i niezwykły jako komiks po prostu. I z Polski to tyle.

A co tam u zagraniczniaków? Maksym Osa, Opowieści z Hrabstwa Essex, Fun Home, Pamiętam jak..., Wykiwani, Oskar Ed, Stój..., RG #1, D’artagnan: Dziennik Kadeta, Spacedog+Łajka, Bez Komentarza, Pan Naturalny, Trzy Cienie, Przybysz, Wyspa Burbonów, Spirit, Arq. To są rzeczy, które polecam wybrać z zalewu publikacji zeszłorocznych. Nic tutaj szczególnie się dla mnie nie wybija, te komiksy podobały mi się równie mocno, ale każdy za coś innego. No w zasadzie tylko jeden bym wrzucił ciut wyżej, Jasonowego Stója..., bo arcydziełem jest opowiedzieć prostą historię o trudnym okresie dorastania w sposób tak przejmujący, prawdziwy i świeży. Za to samo umieściłem na liście D’artagnana, bo to jest historia znana wszystkim, ale opowiedziana z pazurem i ciekawie. I jak rozplanowana jeśli chodzi o kompozycję! Majstersztyk. Również Przybysz i Trzy Cienie traktują o tematach poruszanych wielokrotnie w sztuce, ale robią to z takim powiewem świeżości, że nie sposób oprzeć się urokowi rysunku i opowiedzianej historii. Człowiekowi robi się lepiej, kiedy pozna te opowieści, a skoro tak, to muszą to być komiksy wyjątkowe. Opowieści z Hrabstwa Essex i Wykiwani to fantastycznie wciągające cegły. Wykiwani to komiks, który odczytam na wiele sposobów i przy każdej kolejnej lekturze będzie to uzależnione od moich doświadczeń życiowych. Pisałem już obszernie o tym komiksie tutaj i wiele więcej nie muszę chyba dodawać. Opowieści to niesamowita saga o miejscu. Oprócz zapętlonych życiowych historii jest tutaj niesamowita kreska i palce lizać zabiegi narracyjne. Maksym i RG to diametralnie różne opowieści o detektywach, do których musiałem się przekonać. Do Maksyma za drugim razem, a do RG dopiero jak przeczytałem wydrukowany komiks. To się świetnie czyta, a przy poprawianiu tłumaczenia nie sądziłem, że w ogóle będę chciał ten komiks mieć na półce. Pamiętam jak... za zderzenie rysunku cartoonowego z poważną tematyką podjętą na przeróżne sposoby, co sprawia, że nie można się nudzić podczas lektury. Oskar Ed za rysunek i niesamowitą wizję świata, w którym świat rozmawia z tobą (trochę jak w Alchemiku Paulo Coelho :-) sam pamiętam jak po tej książce gadałem z ziarenkami pasku na plaży w Rozewiu :lol:), a wszystko okazuje się być odmiennym stanem świadomości i zrycia Twojego umysłu. Taka podróż oczyszczająca w głąb siebie, totalna jazda bez trzymanki i obietnicy szczęśliwego zakończenia. Spacedog+Łajka pojawiają się w połączeniu, bo Spacedog jest wariacją o tym, co by było gdyby Łajka z kosmosu wróciła. Dla mnie stanowią całość treściową. A z Łajki poznałem tę mroczną stronę pierwszego psa w kosmosie. Mimo że to smutna wiedza, cieszę się że już nie jestem ignorantem w temacie. Pan Naturalny, bo to klasyk, a Crumb niepoprawnym komiksiarzem jest. I nawet po latach potrafi szokować. W tym duchu klasycznym trafia tutaj również Spirit. Dobra zabawa z treścią i formą, trochę oddechu po autobiograficznych eisnerach. Wyspa Burbonów jest o piratach, a piraci są mi bliscy. Oszczędny, smutny rysunek, znakomicie dopasowany do smutnej opowieści o końcu piratów. Chociaż jest momentami nawet zabawnie. No i Arq- słyszałem głosy niezadowolenia, ale mi się podobają tutaj pewne niedopowiedzenia, historia mnie wciąga i daje mi margines na własną interpretację i błąd, który mogę skorygować przy kolejnych lekturach. Na koniec zostawiłem sobie Fun Home, który w zasadzie tak jak i Stój... nieznacznie wychyla swój książkowy grzbiet z tej półeczki najlepszych dla mnie komiksów zagranicznych 2009 roku. Znakomicie poprowadzona opowieść autobiograficzna, rozpisana ze spokojem na ponad 200 stron i traktująca o akceptowaniu swojej seksualności. Ważny temat, opowiedziany bez nachalnej lesbijskiej propagandy, a tego homoseksualnego narzucania się po prostu nie znoszę. I jest tutaj jak to w życiowych historiach- trochę dramatów, trochę humoru. Podziwiam odwagę autorki nie tylko za przełamywanie stereotypów, ale i za rozliczenie się ze swoją przeszłością poprzez próbę zrozumienia jej. A Bez Komentarza pozostawię... bez komentarza.

niedziela, 3 stycznia 2010

pRzYpAdEk komiksu w filmie 03, czyli finał może być mroczny...

Powiedzmy, że Portugalia horrorem nie stoi. Komiksowym jeszcze jako tako, bo David Soares, choć osamotniony, to zdecydowanie jakościowo niszczy, a jego sposób rysowania potworów to temat na osobny wpis. Filmowym natomiast praktycznie... leży, ale moje stale rosnące zainteresowanie tym gatunkiem pozwoliło mi wygrzebać kilka ciekawych rzeczy. W zasadzie tegoroczne święta i przedłużony wypad sylwestrowy do Lizbony upływają pod znakiem horroru. Świątecznie kończyłem na nowo rozpoczęte Żywe Trupy, bo przed lekturą dziewiątej części chciałem powtórzyć poprzednie, potem był Dzień Żywych Trupów i dwie części Halloween Roba Zombi'ego (do znudzenia będę polecał te rimejki, bo są makabryczne), samolotowo drugi numer Lśnienia (w zasadzie bardzo w porządku lektura, ale strzeżcie się słuchowisk grozy na dodanej płycie; można pęknąć ze śmiechu, a nie był to raczej efekt zamierzony; reszta to dla mnie fajny materiał poznawczy, bo o wielu rzeczach nie wiedziałem i dostarczono mi na tacy informacje, które mógłbym wygrzebać w sieci, ale co tam, fajnie jak ktoś to zrobi za ciebie od czasu do czasu- taki to chyba los dziennikarza), a noworocznie spacer do Boca do Inferno, czyli do Piekielnej Paszczy lub też Wrót Piekła. To fragment klifowego wybrzeża w Cascais, takiej wielkiej dziury oddzielonej od Atlantyku cieniutką ścianą skał z otoworem na samym dole. W tym miejscu podobno zniknął kiedyś Aleister Crowley, co David Soares wykorzystał w swojej powieści Konspiracja przodków. Iście piekielny początek roku, bo mimo przepięknej słonecznej pogody ocean był bardzo niespokojny i fale wściekłe roztrzaskiwały się o klifowe wybrzeże... Dwa zdjęcia z Boca do Inferno, z których żadne jednak nie oddaje grozy tego miejsca:




Pomiędzy tym wszystkim obejrzałem pierwszy portugalski horror w moim życiu i pierwszy portugalski film o zombiakach. I'll se you in my dreams to krótki metraż, który powstał w 2004 roku i w tym roku zdobył nagordy na festiwalach w Portugalii, Holandii i Kanadzie. Zasłużenie. Historia jest prosta- mała wioska opanowana przez zombiaków, a między nimi samotny pogromca, który ich eliminuje- ale bardzo sprawnie opowiedziana i zawiera wszystko, co w horrorze powinno być: sporo czarnego humoru, efektowne eliminacje, atmosferę grozy i trochę golizny, ale co najważniejsze, ma przewrotne zakończenie. Sceny, które mają śmieszyć, śmieszą. Te, które mają straszyć, mogą przestraszyć. Charakteryzacja jest bez zarzutu, odpowiedzialni za nią Kanadyjczycy spisali się na medal. Czasami w produkcjach tego typu, na wpół amatorskich, sporo jest nieporadności, gra aktorów drętwa, a efekty specjalne bardzo umowne. W I'll see you in my dreams zadbano o każdy szczegół, żadnego z tych elementów nie zaniedbano. To nie jest takie jajcarstwo jak polska Obróbka/skrawaniem,



ale profesjonalnie zrobiony krótki metraż. Sporo tutaj hołdów złożonych klasykom gatunku. Między innymi główny bohater, ów mściciel, przypomina Asha, a i imiona Sam, Dario i Lucio nie pojawiają się pRzYpAdKoWo... Jak na kraj, który horrorów nie produkuje, ten obraz jest godny uwagi, a dwadzieścia minut mija niezwykle przyjemnie i szybko. Wydanie DVD z tym filmem trafiło do sprzedaży dopiero w 2009 roku i zawiera kilka fajnych niespodzianek: książeczka z tekstami wspominkowymi autorów, zdjęcia z kręcenia filmu, kadr z filmu (!) oraz dwa filmy dokumentalne, wycięte sceny i teledysk. Jeden z dokumentów opowiada o tworzeniu filmu i o osobie Filipe Melo, reżysera. Drugi o panu nazwiskiem Eurices Bernardes Catatau, który to ma być zapomnianym portugalskim reżyserem filmów grozy i obrazów erotycznych. Ten pan to podobno zawiedziony brakiem zrozumienia twórca, któy wycofał się z szołbizu i rozpoczął pracę na bramce na autostradzie i już nigdy więcej się nie odezwał po zamordowaniu swojej żony... Brzmi nieprawdopodobnie? Płaczący nad jego losem Joaquim de Almeida, portugalski amant filmowy, rozwiewa wszelkie wątpliwości, co do autentyczności tej postaci. Ostatnim miłym dodatkiem jest klip, który w klimacie filmu nakręcili Moonspell, do swojej wersji znanej piosenki, która dała filmowi tytuł:



Ten portugalski ruch horrorowy nie ogranicza się do jednego filmu, bo działa tu również Lizboński Kinoklub Grozy oraz MOTELx, który organizuje od 2007 roku Horrorfestiwale. Na tych właśnie festiwalach w części konkursowej pojawiają się portugalskie krótkie formy grozy, z których być może któraś dorówna kiedyś poziomem I'll see you in my dreams i doczeka się wydania DVD? Ja na to będę miał oko. Tymczasem MOTELx pokusił się o wydanie przy trzeciej edycji festiwalu fanzinu komiksowego. Inicjatywa fajna, ale wykonanie bardzo słabe. Świetna okładka,



znakomita jedna jednoplanszówka, dwie spoko historyjki i jedna pomysłowa. Jak na 54 strony to dramatycznie mało...

Niezastąpiony youtube oczywiście serwuje nam ten króki metraż w dwóch częściach, z napisami po hiszpańsku. Można zerknąć jak to wygląda, bo powiedzmy sobie szczerze- dialogi nie są tutaj motorem napędowym i rozumieć w sumie ich nie trzeba:





qba- the impossible horror warrior

pssst! dziś jest ten wpis, choć miało być podsumowanie roku 2009, przesunięte już raz z... 27 grudnia... to jest mój osobisty horror, mój brat, który nie daje rady swojej części napisać...

pssst!! idźcie na Zombieland!

pssst!!!



pssst!!!! a już dziś idziemy na Sporting, ole!

niedziela, 20 grudnia 2009

pRzYpAdKi portugalskie 21


Każda mucha rzuca cień (przysłowie)

Dawno tej rubryki nie było, ale dziś będzie. Stęskniłem się za nią i akurat nadarza się okazja, żeby po raz dwudziesty pierwszy napisać słów kilka o kolejnym tytule portugalskim.

Jak już pisałem, zapowiadając Muchę,jest to powrót Davida Soaresa do komiksu po sześciu latach. Uprzedzając fakty napiszę, że powrót bardzo udany, choć historia to zaledwie trzydzieści dwie strony. Nie oznacza to, że David próżnował w tym czasie, po prostu postawił na prozę. A te trzydzieści dwie strony to manifestacja siły komiksu, czyli zdolności skondensowania dużej ilości treści na stosunkowo niewielkiej liczbie stron. I to pierwsza zaleta tego tytułu: zwarta, bogata historia, która wykorzystuje potencjał medium.

Zaskakujące jest to, że Mucha to w zasadzie historia opowiedziana obrazem. Mało tu dialogów, tekstów narracyjnych nie ma w ogóle. Pokazuje to dobitnie, że rola scenarzysty komiksowego nie musi ograniczać się do pisania tekstu, ale obejmuje też inne aspekty gotowego dzieła, których autorstwo na ogół bez głębszego zastanowienia przypisuje się rysownikom. Mogę tylko domyślać się w jakim stopniu rysownicy zinterpretowali scenariusz Davida Soaresa, a w jakim dodali coś od siebie. Natomiast pewnym jest, że komiks czyta się płynnie, nie ma w nim zgrzytów, co wskazuje iż artyści wyczuli swoje intencje. Szkic jest autorstwa Osvaldo Mediny, a wykończenie, liternictwo, okładka i ogólny projekt albumu Mário Freitasa. Trójka autorów stworzyła zespół, który miał coś do opowiedzenia, sprawną maszynę narracyjną. Płynność czytania, wynikająca z prowadzenia narracji obrazem oraz „czysty” projekt plansz (klasyczne kadry, rozłożone na planszy bez szaleństw) sprawiają, że czytelnik zostaje wciągnięty w rytm opowiadania. Mógłbym ten zabieg porównać z wieloma innymi, który widziałem w kinie lub innych komiksach, ale porównam do filmu, który widziałem w ostatni poniedziałek- Biała wstążka. Ogólnie tematyka tego obrazu jest dosyć ciężka, trwa on prawie dwie i pół godziny, a kadry i filmowanie są bardzo statyczne. Mimo tego narrator, którym jest wiejski nauczyciel opowiadający zdarzenia, do których doszło tuż przed wybuchem Pierwszej Wojny Światowej w małej społeczności wiejskiej, potrafi zainteresować, zaintrygować i widz ulega najpierw jemu, a następnie własnej ciekawości, gdyż niedopowiedzenia narracyjne budują taką atmosferę i rozbudzają dociekliwość. W podobny sposób postąpili autorzy Muchy. W myśl zasady, że najbardziej straszy to, czego nie widać, dopiero w trakcie tej opowieści jej uczestnicy zaczynają zauważać, że otaczający ich świat to złudzenie, gra pozorów, że w rzeczywistości to, co widzą jest tylko wierzchnią warstwą, pod którą ukrywa się obrzydliwa prawda, dotycząca nie tylko aspektu fizycznego ich małego wiejskiego świata, ale i prawideł nim rządzących. Wyzwaniem jest dla komiksu i dla filmu straszenie tym, czego nie widać, bo oba media są przecież wizualne, ale panowie od Muchy wybrnęli z tego, kontrastując obrazy złudzenia rzeczywistości z prawdziwą rzeczywistością w taki sposób, że momentami możemy mieć wątpliwości co tak naprawdę jest wizją, a co prawdą. Niby wszystko jest pokazane, ale oszczędna forma projektu graficznego (mam tu na myśli zabawę kształtami ramek, zabawę czcionkami i innymi graficznymi przekaźnikami znaczenia, które komiks może wykorzystywać dla budowania treści, a z których autorzy Muchy nie korzystają) nie daje czytelnikowi jasnych odpowiedzi. Na przykład otwierająca komiks scena, w której widzimy rybaków, wyławiających kobietę, a następnie rozcinających jej brzuch, z którego wylatują stwory rybopodobne o ludzkich twarzach, nie sugeruje graficznie, że jest snem. To wynika z sekwencji plansz, które taką interpretację sugerują, ale czy na pewno jest ona prawdziwa? Właśnie w tym mechanizmie tworzenia iluzji na poziomie języka narracji znajduje się ten niewidoczny element, który buduje w czytelniku uczucie zagubienia, niepewności i strachu. Właśnie tego nie widać i to może przestraszyć, co tak naprawdę jest sztuką i ogromnym wyzwaniem dla gatunków, które straszyć mają.

Mucha jest zainspirowana surrealistyczną sztuką Eugena Ionescu Rhinocéros. Z tą różnicą, że u Ionescu mamy nosorożce (jak podaje Wikipedia w 2008 roku powstał film o zombiakach, wykorzystujący ten pomysł: The 2008 comedy horror film Zombie Strippers purports to be an adaptation of the play, but with zombies instead of rhinoceros), a tutaj muchy, gigantyczne muchy. Ludzie zmieniają się w nie czy też nimi są? Tak czy inaczej to właśnie te muchy (ludzie?) terroryzują okolicę, ale też atakują niemieckich żołnierzy, którzy zabijają ciężarną kobietę. Oczywiście w starciu z brutalnymi karabinami szans nie mają i padają... jak muchy, ale my widzimy rozszarpane fragmenty ludzkich ciał, podczas gdy niemiecki oddział odchodzi w stronę zachodzącego słońca. Fabuła jest więc dosyć prosta: cień muchy pada na spokojną okolicę, odtąd nic już nie będzie takie samo.

Na zakończenie warto dodać, że mimo iż to komiks portugalski, to tytuł jest polski, a w środku jest trójjęzcyznie: po polsku, po portugalsku i po niemiecku. Z góry zatem widać, że to nie tekst jest kluczem do zrozumienia tego tytułu i do poznania prawdziwego mechanizmu strachu, a sam komiks, uważnie przeczytany, może przestraszyć.

qba- the impossible horror warrior

pssst! z horrorowym pozdrowieniem:

niedziela, 13 grudnia 2009

Ależ naturalnie...



Z prawdziwą przyjemnością sięgnąłem po Pana Naturalnego i nie zawiodłem się tym komiksem. Menda niemożliwa wychodzi z głównego bohatera, popapraniec jakich mało i zdolny naciągacz, ale zabawy jest sporo przy lekturze. A i refleksji trochę poważniejszych się znajdzie. Bałem się, że podobnie jak wiele komiksów z wąsem (sporo z tych naturalnych historii to prawdziwe starocie) i ten nie przejdzie próby czasu (rozczarowanie tego typu wywołały u mnie choćby Ronin czy Drastyczne Przypadki- zdecydowanie zbyt późno wydane w Polsce). Skoro już jesteśmy przy wąsach, to wspomnę jeszcze w tym kontekście Kota Fritza- jeśli głównym jego celem było szokowanie, to powiedzmy sobie szczerze, że w roku wydania polskiego (2007) z wywoływaniem szoku nie ma co przesadzać (no tak, można też wziąć poprawkę na to, że mnie rozśmieszyło to i to swego czasu, co może być dobrą miarę tego, gdzie leżą rubieże moich pokładów tego odczucia). Zgorszenie? Być może, ale dla mnie przede wszystkim zabawa i oczywiście zręczność w posługiwaniu się komiksową umownością, przerysowaniem i innymi narzędziami narracyjnymi. Mimo tego towarzyszyło mi przy lekturze Fritza nieznośne uczucie, że to jest stare. Z Panem Naturalnym o dziwo nie miałem podobnego problemu i bawiłem się znakomicie. Nie zaryzykowałbym w tym miejscu stwierdzenia, że wydoroślałem komiksowo od czasu lektury Fritza, choć sporo w edukacji komiksowej się podciągnąłem. Cztery historyjki z tego albumu Pana Naturalnego to dla mnie majstersztyki: "Pan Naturalny traci głowę" (i logicznie również rozwinięcie tego samego pomysłu w "Pan Naturalny jedzie na wakacje", choć skondensowana wersja jednoplanszowa bardziej do mnie przemawia), "719 medytacja" ('Całkiem niezła sesja, panie dzieju...'- znakomita puenta!), "Pan Naturalny znowu w drodze" (okej, pomysł z 1970 roku w roku 2009 mnie szokuje) i mój faworyt nad faworytami, czyli "Pan Naturalny- historyjka z dwoma hipisami". Bynajmniej reszta nie jest milczeniem, bo to też sprawne historyjki, z których ktoś o innym guście niż ja wybierze sobie takie, które będzie sobie przypominał podczas przemieszczania się po mieście i śmiał na ich wspomnienie jak szaleniec. Być może cechy pana Naturalnego wspomniane we wstępie przeczą temu, co teraz napiszę, ale nie mogę się powstrzymać- pan Naturalny wzbudza u mnie szacunek za zdolność prowokowania, która w sposób okrężny ma doprowadzić sprowokowanych do refleksji i zmiany swojego głupiego postępowania. W myśl zasady, że lekcja odrobiona samodzielnie, na dłużej pozostaje w głowie.

W polskim wydaniu jednak jest coś, co mi się nie podobało, choć muszę stwierdzić, że z punktu widzenia teorii tłumaczenia jest to strategia, która ma wielu wyznawców. Chodzi o szczególny rodzaj ekwiwalencji, o ekwiwalencję funkcjonalną. Oddam tutaj głos bardzo jasno piszącemu w temacie Krzysztofowi Hejwowskiemu (Kognitywno-komunikacyjna teoria przekładu, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004- choć z wieloma wnioskami tej dysertacji bym dyskutował, jest to bardzo istotna pozycja, która otwarła mi oczy na wiele tłumaczeniowych kwestii, podobnie jak kiedyś Metafory wokół nas Lakeoffa i Johnsona w temacie metaforycznego postrzegania języka):

Pojęcie ekwiwalent funkcjonalny (...) obejmuje techniki określane przez Newmarka mianem ekwiwalentu funkcjonalnego i ekwiwalentu kulturowego. Zastosowanie ekwiwalentu funkcjonalnego polega na zastąpieniu nazwy (lub aluzji do) zjawiska lepiej znanego w kulturze wyjściowej nazwą (lub aluzją do) zjawiska lepiej znanego w kulturze docelowej.

I jak do tej pory wszystko w porządku. Takie rozumowanie jest rozsądne i jak śmiem twierdzić (i co udało mi się udowodnić podczas seminariów tłumaczeniowych) intuicyjne. Zresztą tłumaczenie jako takie jest procesem w dużej mierze intuicyjnym. Ktoś, kto nigdy w życiu nie tłumaczył np. komiksu, bez trudu poradzi sobie z wyborem tego, co należy w nim tłumaczyć i z kwestiami technicznego zapisu tekstu tłumaczenia w edytorze tekstowym (czyli z numeracją, ewentualnie z nanoszeniem wyróżników graficznych etc.). Ekwiwalencja funkcjonalna jest jednak bronią dosyć niebezpieczną, przy której stosowaniu może tłumacza za bardzo ponieść fantazja... Pamiętacie jak tłumaczyli swoje wybory tłumacze V jak Vendetta? O, chodzi o te erudycyjne smaczki, ale przede wszystkim o zbyt protekcjonalne traktowanie czytelnika i o to, że polskie elementy w komiksach silnie nacechowanych elementami innej kultury, brzmią w tekście przekładu obco, choć określenie „fałszywie” w pRzYpAdKu „muzycznym”, który mam tu na myśli, pasuje lepiej. Nie jestem jakimś szalonym zwolennikiem przypisów, ale według mnie sprawdzają się one w takich sytuacjach lepiej: pozwalają zachować tekst przekładu z mrugnięciami okiem zamierzonymi przez autora, wzbogacają naszą wiedzę o kulturze wyjściowej (o ile już tego czegoś nie wiedzieliśmy, a przecież nie mamy takiego obowiązku), no i nie zawsze mamy Internet czy encyklopedię pod ręką, żeby sobie coś sprawdzić. Decyzja o umieszczeniu przypisu w danym miejscu zależy tylko od decyzji tłumacza (jak rozumiem w porozumieniu z redaktorem tomu/serii)- np. bardzo ładnie uzasadnił pewne swoje przypisy Krzysztof Uliszewski w sławnej potyczce słownej, które miała miejsce swego czasu w Internecie, a którą śledziłem na łamach Motywu Drogi, kiedy to wyjaśnił, że jego decyzja w sprawie danego przypisu (który wydał się wielu bezcelowy w danym momencie czasowym) wiązała się z tym, że z upływem czasu grupa docelowa danego tytułu nie będzie wiedziała kim była postać wspomniana w komiksie. Stąd przypis. Myślę, że w Panu Naturalnym mamy do czynienia z podobnym problemem, bo skoro jak pisze wydawca (...) Pan Naturalny uosabia amerykańską kontrkulturę z jej wszystkimi blaskami i cieniami, to wnioskuję (i jednak jak bardzo by nie był to komiks uniwersalny), że jest to rzecz mocno osadzona kulturowo, a zatem fałszywie pobrzmiewają mi w treści komiksu nuty Jeremiego Przybory i Shakin’ Dudiego. Rozumiem strategię, ale te ekwiwalenty funkcjonalne (w kategorii ekwiwalencji dynamicznej, czyli mające wzbudzić taką sama reakcję u czytelnika polskiego, jak u amerykańskiego wzbudza użyty tam tekst piosenki- nie wiem jaki niestety...) są w moim odczuciu przestrzelone. No bo skąd amerykanie niby mają znać te utwory, a Pan Naturalny je sobie podśpiewywać? Wydało mi się to mało prawdopodobne, ale odszczekam wszystko jeśli to faktycznie jest tekst oryginalny przetłumaczony na polski, a nie ekwiwalent funkcjonalny. Jeśli już tłumacz zdecydował się na ekwiwalent funkcjonalny, to mógł zastosować wariant pośredni, czyli wybrać jakieś utwory amerykańskie z epoki, potencjalnie szerzej znane w Polsce (bo jak mniemam decyzja o użyciu takich ekwiwalentów funkcjonalnych dla piosenek była spowodowana hermetycznością tych w komiksie występujących i niechęcią tłumacza do robienia przypisów- ok, to też element strategii, choć trochę niekonsekwentnie zastosowany, skoro wyjaśnia się w przypisie u dołu strony, iż tekst śpiewany przez bohatera to tekst takiego i takiego artysty polskiego, czyli, ipso, tekst znany Polakom...). Nie podoba mi się zastosowanie tej strategii przez swoją wewnętrzną niekonsekwencję, ale też przez to, że pozbawiono mnie informacji związanych z kulturą wyjściową danego okresu, a przecież osadzenie akcji tego komiksu w danym kontekście kulturowym jest dla niego istotne. Wydaje mi się, że tekst tłumaczenia powinien przekazywać maksymalną ilość informacji merytorycznych, pochodzących z kultury wyjściowej, oraz maksymalną ilość informacji formalnych, czyli związanych z samym sposobem mówienia, ale taką, żeby zachować poprawną polszczyznę. To dosyć wymagające podejście, ale kuszące o tyle, że przybliża nam „obcość” i edukuje na wielu poziomach. A teraz niech ktoś mi potwierdzi, że w oryginale nie ma Przybory i Dudiego, a z czystym sumieniem będę mógł uznać, że dwie godziny spędzone na tych wynurzeniach nie były stracone.



I jest jeszcze jedna rzecz formalna, prawdziwy twardy orzech do zgryzienia. Kiedyś dostałem zabawną książeczkę Andrzeja Wróblewskiego i Szymona Kobylińskiego Byczki w toemacie, żeby lepiej się przygotować do egzaminu z predyspozycji do studiowania kierunku humanistycznego (masakryczny egzamin, którego przy pierwszym podejściu na Iberystkę nie zdałem...). Autorzy rozprawiają się w niej przy pomocy humoru i rysunku z popularnymi bykami. I wiele rzeczy mi w głowie zostało z tej lektury. Na przykład to, że orzech jest twardy do zgryzienia, a nie ciężki, czy trudny... I będę się tego trzymał, nawet jeśli niektórzy panowie korektorzy konsekwentnie nie będą tego poprawiać w tekstach innych i swoich- rzekł człowiek, który uwielbia stosować wolną amerykankę frazeologiczno-składniową. Twardy ma dla mnie więcej sensu niż ciężki, ale głos oddam panom wyżej wspomnianym (sory za jakość, skaner gdzieś na czas remontu schowany, tylko aparat miałem pod ręką, ale chyba da radę się doczytać):



qba- the impossible natural warrior



***
Skoro już wokół wydawnictw Post i KG dziś piszę, to muszę się podzielić czymś, co zobaczyłem ostatnio w Empiku na Marszałkowskiej. Otóż w dziale z bajkami i książkami ilustrowanymi dla dzieci stały sobie spokojnie takie pozycje jak Klezmerzy i Kot Rabina 2... gdybyście w dziale komiksowym nie znaleźli tych komiksów, to udajcie się do działu dziecięcego. I akurat pRzYpAdKiEm wtedy nie miałem pod ręką aparatu, żeby udokumentować...

***
A żeby było lżej, choć nadal w klimacie muzycznym (ciężkim, hehe), polecam Pasażera jesień 2009/zima 2010, w którym oprócz kontynuacji mega tekstu o Minor Threat, wywiadów z Nice Shoes i Minority, przesłuchania Schizmacka, The Cuffs, Schizmy 90, oraz dwóch przyjemnych płytek, wywiad z Tomkiem Minkiewiczem i recenzja Likwidatora: sprzątanie Polski.

niedziela, 6 grudnia 2009

pRzYpAdEk komiksu w filmie 02

Tworząc pierwszy wpis poświęcony związkom kina portugalskiego z komiksem słusznie przeczuwałem, że kiedyś nastąpi ciąg dalszy. Stąd przezornie zastosowałem numerację i teraz tamten wpis można traktować jako pełnoprawny artykuł, który zainicjował na tym blogu nową kolumnę (kolejnych edycji na pRzYpadKiEm spodziewajcie się raczej nieregularnie, a bardziej regularnie już wkrótce na gościnnych występach na zaprzyjaźnionym blogu- a będzie się tam działo stricte komiksowo). Kolejne odsłony uzależniam od tego, kiedy i jaki materiał mi wpadnie w ręce. A może wpaść całkiem sporo jeśli wypali pewien projekt związany z kinem portugalskim, który zapewne da mi masę dodatkowej pracy, ale i możliwość eksplorowania kinematografii luzytańskiej i wyszukiwania w niej śladów komiksu. Póki co wszystko jest na papierze i w rękach urzędników, a ja zacznę już drugą odsłonę.

Na skromny początek


W latach sześćdziesiątych w kinie portugalskim nastąpił zauważalny przełom delikatnie zaznaczony już wcześniejszymi filmami, które starały się zerwać z sielankowymi przedstawieniami funkcjonowania jednostki w [ironia on] dostatnim i szczęśliwym społeczeństwie czasów salazarowskich [ironia off]. Jednym z takich filmów jest Belarmino Fernando Lopesa z 1964 roku. Film ma raczej symboliczny związek ze światem komiksu, o ile w ogóle go ma. Okładkę wydania dvd z 2002 roku, według notki umieszczonej w dodatkach, wykonał David Soares:



Okładka nie jest w żaden sposób wyjątkowa, a jej główny ciężar spoczywa na zdjęciu głównego bohatera wykonanym przez Augusto Cabritę. David Soares wykonał projekt, który wykorzystuje to zdjęcie. Czy to ten sam David Soares (jeśli homonim, to tutaj pochwalę się książką, w której występuję- a info o tym podesłał mi oczywiście... David S.)? Jakoś nie zebrało mi się przed opracowaniem tego wpisu, żeby napisać i spytać, wyjaśnić u źródła, ale zapewne zrobię to dziś. Wolałem nie ryzykować takiego posunięcia wcześniej, żeby nie ograniczać sobie materiału do opisania. Ale nie tylko dlatego. Drugim powodem jest sama wartość filmu, który opowiada nam historię pewnego portugalskiego pięściarza, tytułowego Belarmino Fragoso. Nie jest to ani film fabularny, ani typowy film dokumentalny, choć zdecydowanie bliżej mu do dokumentu. Problem jest jednak taki, że jak na dokument to brak w nim odpowiedniej dozy obiektywizmu oraz trzymania się faktów. Pod tym względem przypomina mechanizm tworzenia filmów, choć może to porównanie na wyrost, Michaela Moore’a, to znaczy dopuszcza się pewnych manipulacji. Nie osiągają one oczywiście poziomu kontrpropagandy, do czego Moore dąży, ale dostatecznie zniekształcają prawdziwy obraz postaci, o której opowiadają. Dopiero z materiałów dodatkowych dowiadujemy się wielu informacji, które ukazują nam prawdziwy obraz pięściarza. I nagle okazuje się, że te wszystkie żale i pretensje wylewane przez niego przed kamerą trochę mijają się z prawdą. Paradoksalnie otrzymujemy w efekcie prawdziwy obraz człowieka, ale fakty zostają zafałszowane. Koncept filmu jest dosyć prosty: ukazanie człowieka uwikłanego w sieć swoich własnych kłamstw i niedopowiedzeń, bezsilnego, który za chwilę popularności płaci bardzo wysoką cenę- zostaje zepchnięty na margines, zapomniany, uwięziony w nieprzyjaznym mieście. Ogromną siłą filmu są te wszystkie symboliczne sceny, które pokazują nam Belarmina samotnego i spętanego- sugestia uwięzienia pojawia się w otwarciu filmu i w scenie zamykającej. Wydaje się, że ten mimo wszystko budzący sympatię człowiek nie jest w stanie się uwolnić. Spokojne obrazowanie, znakomita jazzowa ścieżka dźwiękowa oraz połączenie formy wywiadu z przebitkami, które ukazują nam bohatera w przestrzeni miasta to tylko niektóre z zalet tego obrazu. Realizacja tego filmu to chyba najważniejszy pojedynek jaki Belarmino musiał stoczyć w swoim życiu. Dziennikarz sportowy, Baptista Bastos, zagania Belarmina swoimi agresywnymi pytaniami do narożnika częściej niż mieli okazję uczynić to jego przeciwnicy z ringu. W zasadzie na każde pytanie Belarmino odpowiada unikiem, zaprzecza, lawiruje. Jak dobry bokser, ale nie potrafi przejść do kontrataku.



Czym się bawią dzieci, czyli „był sobie chłopiec, który pragnął ojca, który by pragnął mieć syna”



Drugi film to Adeus, Pai/Żegnaj, tato, którego autorem jest Luís Filipe Rocha. Formalnie bardzo ciekawa konstrukcja służy opowiedzeniu historii o pragnieniu bliskości z własnym ojcem, który zaniedbuje syna z powodu pracy. Główną akcje filmu stanowi wyimaginowana wakacyjna wyprawa tej dalekiej sobie dwójki na Azory, gdzie syn i ojciec zaczynają się rozumieć, ale w momencie, kiedy ten drugi żegna się z życiem. Element komiksowy mamy w sekwencji otwierającej film oraz rysunkowy w menu (nie znam autora tego projektu graficznego, być może też komiksiarz, ale wydanie dvd informacji nie zawiera). Żeby nie przynudzać zbyt długo: komiksowe zabawki w pokoju Filpe (a swoją drogą- kolekcja figurek Marvela chyba jakoś się sprzedaje, bo ma już na koncie ponad 20 numerów! Ostatni, który kupiłem to numer 19: Pogromca. Szkoda, że nie z rysunku Jima Lee, albo Whilce’a Portacio):



„Do trzydziestki masz twarz, którą dał ci Bóg, potem taką, na jaką zasługujesz”

Reżyserem filmu A cara que mereces/Twarz, na jaką zasługujesz jest Miguel Gomes, młody portugalski reżyser, które spore sukcesy osiągnął w krótkim metrażu [np. dostal nagrodę za Cântico das criaturas, który oparto na słowach pieśni Franciszka z Asyżu (z tym urokliwym miejscem, chyba najładniejszym miastem, jakie do tej pory odwiedziłem, związana jest też moja ulubiona legenda o Słońcu i Księżycu, kochankach, którzy skazani są na wieczną tęsknotę; i do tego odwołuje się po części ten włoski film, Fratello sole, sorella luna, z 1972 roku)- jest to krótki metraż, w którym rozpoczynamy wędrówkę po Asyżu z włoskim bardem, który podobno rzeczywiście śpiewa w dialekcie umbryjskim], ale ma też na koncie pełnoprawne filmy fabularne, długie znaczy się. Na przykład Aquele querido mês de Agosto/Tamten cudowny miesiąc sierpień, który trwa dwie i pół godziny. Jest to film niesamowity, którego pierwsza część jest zrobiona w formie filmu dokumentalnego i dotyczy tematu przygotowań do nakręcenia filmu fabularnego, w który ów dokument płynnie i stopniowo przechodzi w drugiej części. Ekipa filmowa rozmawia z mieszkańcami wioski, organizuje castingi, a potem ci prawdziwi ludzie zmieniają się w bohaterów filmowych.





W tym filmie nie ma nic z komiksu, ale potwierdza się charakterystyczna maniera reżysera, widoczna już we wcześniejszym A cara que mereces/Twarz, na jaką zasługujesz. Miguel Gomes konstruuje swoje filmy poprzez łączenie (przynajmniej) dwóch różnych rejestrów. Tak jest i w interesującym mnie tutaj obrazie. Część początkowa to zapis przygotowań i wystawienia sztuki Królewna Śnieżka i Siedmiu Krasnoludków, wykonywanej przez dzieci ze szkoły podstawowej, w której pracuje główny bohater filmu, Francisco. W tej części wszystko zostało wystylizowane na bajkę, postacie są przebrane jak w filmie kostiumowym. W drugiej części nasz bohater wyjeżdża do domku na wsi, żeby stawić czoła chorobie i... znika. To znaczy nie widzimy go już do końca filmu. Opiekuje się nim siódemka, napiszmy tak, „krasnoludków”, którzy mogą zostać określeni przez widza jako projekcje osobowości bohatera, który mimo 30 lat na karku, musi w końcu wydorośleć. Jest to jakaś ścieżka interpretacyjna, którą można pójść w dłuższej analizie. Istotniejsze jest to, że w drugiej część brak stylizacji wizualnej na bajkę, to znaczy bohaterowie nie noszą kostiumów, choć ewidentnie sugeruje się ich bajkowe pochodzenie. Taki oto kontrast buduje nam reżyser, włączając w tę opowieść ilustracje wykonane do książeczki, o którą zostało wzbogacone wydanie dvd. A ilustracje do owej książeczki wykonał Nasz znajomy, João Fazenda. Są one tak dobre jak sam film, co potwierdza tylko świetne wyczucie João nie tylko do narracji komiksowej, ale i do tworzenia ilustracji.








That’s all, folks!

qba- the impossible medieval warrior